I już po

  Kochani! Dziękuję wszystkim za życzenia, trzymanie kciuków i wszystkie dobre myśli. Powoli opadają emocje, porządkujemy kawałeczki rzeczywistości i wracamy do normalnego życia. Impreza udała się. Może nie było tak idealnie- idealnie, ale poszło przyzwoicie. W dużej mierze dzięki mamie synowej- ona zawodowo zajmuje się organizacją wesel, więc doskonale wiedziała jak powinno wszystko wyglądać i przebiegać. Starała się aż za bardzo, kilka rzeczy trochę ją postresowało, ale w miarę upływu czasu i spokojnego przebiegu wesela zaczęło nieco odpuszczać i w drugiej połowie już bawiła się na luzie.
  Salę ustroiliśmy sami- według życzenia młodych. W kolorach złoto- liliowo- wrzosowych. Wyszło pięknie, może profesjonaliści zrobiliby to lepiej, ale nie byłoby tylu osobistych akcentów. Synowa chciała kilku elementów wystroju wykonanych szydełkiem, udało mi się to zrobić i efekt był niesamowity. Jedzenie, zespół, obsługa- bez zarzutu. Kącik dla dzieci z grami planszowymi, klockami, malowankami- dzieciaki miały co robić, poza tym wybiegały się, wyskakały i objadły słodyczami. Pierwszy taniec- układ wymyślił Kuba, w końcu ładnych parę lat tańczył. Już na początku synowa zgubiła but- jak Kopciuszek… Ale taniec dokończyła w tym jednym- na szczęście do tańca założyła baleriny na płaskim obcasie. Zabawy oczepinowe z dużą dawką humoru, ale bez nadmiernego wygłupiania się. Młodzi nie chcieli tak zwanego \”zbierania na wózek\”, ale już po skończonych oczepinach okazało się, że goście byli na tę zabawę przygotowani i na specjalne życzenie musiała się odbyć. Ostatni goście weselni wyszli o 4.30, bawiliśmy się świetnie do samego końca. Może nie wytańczyłam się za wszystkie czasy, ale wystarczająco. Sił miałam więcej, ale nie zawsze było jak i z kim tańczyć.
   Wzruszeń było sporo, ale ja jakoś nietypowo- nie płakałam, nawet jedna łza mi się nie zakręciła. Może dziwnie to wyglądało, ale widziałam, że dzieciaki są zadowolone, szczęśliwe, więc cieszyłam się razem z nimi. Owszem, byłam wzruszona, ale bez łez. Wystarczająco chlipały wszystkie babcie i rodzice panny młodej. A tak naprawdę to chyba nie do końca dociera do mnie to wszystko, co się działo. Tak jakbym stała z boku i z dystansu patrzyła na wydarzenia dotyczące kogoś innego. Może za jakiś czas poczuję, że to mój syn jest już żonaty. Z synową dogaduję się dobrze, lubię ją i mam nadzieję, że z wzajemnością. Nie mam zamiaru wtrącać się w ich życie i decyzje, nawet jeśli bardzo by mnie kusiło, bo przecież ja wiem lepiej.
  I tyle jeśli chodzi o te pozytywne wrażenia. Mniej przyjemne było zachowanie byłegomęża. Jakoś trudno mi pewne rzeczy zrozumieć. I nie tylko mnie, bo teściowa już kilka razy mnie przepraszała, zapewniała, że nadal traktuje mnie jak rodzinę, pomoże w każdej sytuacji, a z byłymmężem ma zamiar przeprowadzić poważną rozmowę na temat odpowiedzialności. Na poprawinach byłymąż nie pojawił się wcale, bo musiał ratować swój związek. Nie chciał usiąść obok mnie przy stole. Z wielką łaską zgodził się na wspólny taniec po podziękowaniach dla rodziców, a potem przez całe wesele zawzięcie mnie ignorował. Większość czasu siedział z ponurą miną, mało się odzywał. Widać było, że młodych boli takie zachowanie. A w międzyczasie zdążył się poskarżyć do swojego brata, że się bardzo stresuje, a poza tym czuje się odsunięty na dalszy plan. Mnie to średnio wzruszyło- wyszło tak jak wyszło, na jego własne życzenie. Natomiast jedno z jego zachowań niemal rozłożyło mnie na łopatki. Przed wyjściem z domu tradycyjnie jest błogosławieństwo rodziców. Przygotowałam krzyżyk, świece, tekst błogosławieństwa. Przyszedł byłymąż, byli już moi rodzice, jego mama i brat. Spojrzał na stolik i zapytał- a co to, ksiądz będzie chodził po kolędzie? I nie było to żartem. Nie miał pojęcia po co to wszystko.
   I tak zakończyliśmy pewien etap. Teraz zaczynamy kolejny. Jeszcze tylko obiad z okazji urodzin Mateusza i mam luz. Dużo luzu na własne przyjemności. A jest ich kilka i zamierzam dobrze się bawić