Miejsce dla miłości

Trzasnęły drzwi. Głośno. Aż ze ściany w przedpokoju spadło zdjęcie. Ich wspólne zdjęcie sprzed kilku tygodni, z wakacyjnego weekendu nad jeziorem. Szkło pękło. Rysa podzieliła fotografię akurat w miejscu, gdzie trzymali się za ręce. Świetnie! Rewelacyjne zakończenie ledwie kilkumiesięcznego związku… I bardzo wymowny sygnał od losu. Po raz kolejny boleśnie się przekonała, że nie warto wierzyć mężczyznom. Nie warto mieć nadziei, że po latach samotności uda się znaleźć kogoś, kto będzie kimś więcej niż przelotną znajomością. Nie warto liczyć na miłość. Po prostu nie warto. Czyli po raz kolejny trzeba schować swoje uczucia głęboko, założyć ten cholerny pancerz, maskę na twarz i żyć dalej. A wydawało się przez chwilę, że tym razem będzie inaczej. Jest jak zawsze. Wystarczy jedno słowo nie do końca dobrze zrozumiane, wystarczy mała różnica w spojrzeniu na przedmiot sporu i po raz kolejny usłyszy trzaśnięcie drzwi. Ostateczne. Nie ma nawet sensu gasić tego pożaru, niech się wypali, zostaną zgliszcza, wypalone, ale już bezpieczne.

Tamten dzień był taki jak każdy inny. Pośpiech rano, bo oczywiście budzik dzwonił, nawet kilka razy, ale po zarwanej nocy ciężko było się podnieść z łóżka Co robiła tamtej nocy? Dziś nie pamięta, wtedy to na pewno było coś ważnego. Na makijaż i śniadanie nie było czasu, chwyciła jakąś podeschniętą bułkę, włosy związała niedbale i pobiegła do autobusu. Oczywiście spóźniła się na ten, którym powinna była pojechać. Mogła poczekać na kolejny albo wsiąść w akurat podjeżdżający i liczyć na możliwość przesiadki. Zegarek nieubłagalnie pokazywał, że czasu jest coraz mniej. Kolejne spóźnienie do pracy mogło lekko wkurzyć szefową, więc wybrała opcję z przesiadką. Zapomniała tylko, że znów nie kupiła biletu. Bezradnie rozejrzała się po autobusie. Znając jej szczęście za chwilę zacznie się kontrola biletów, a nie miała ochoty płacić kary. Kurczę, co za dzień… Ze złości zacisnęła pięści, bo poczuła, jak pod powiekami zaczynają się gromadzić łzy, a płakać publicznie? Okropne. Dobrze, wdech, wydech, spokój, tylko spokój. Tym razem się udało, kontroli też nie było. -Czyli może ten dzień jeszcze nie jest stracony- pomyślała wpadając do biura minutę przed ósmą. I od razu za drzwiami potrąciła jakiegoś chłopaka. Niesione przez niego kartki pofrunęły po całym korytarzu, a kawa wylała się prosto na jej białe tenisówki. Tu już nie wytrzymała, łzy popłynęły bez ostrzeżenia. Chłopak popatrzył na nią lekko przestraszony, ale i rozbawiony. -Przecież to nie tragedia, papiery pozbieramy, buty się wypierze. Nie płacz, bywają gorsze wypadki. Głos miał ciepły, kojący, więc szybko się uspokoiła.

Potem przez kilka tygodni wielokrotnie słyszała to samo zdanie „przecież to nie tragedia”. Czuła wtedy spokój, wszystkie złe emocje odchodziły daleko, wierzyła, że wszystko będzie dobrze. Czasem nawet chciała specjalnie popłakać, żeby znów to usłyszeć. Aż do dziś. O co poszło? W zasadzie o nic. Jak można mówić o miłości, o wspólnym spędzeniu reszty życia po kilku tygodniach? Po jednym weekendzie wspólnie spędzonym na odludziu? Po kilku wspólnie obejrzanych filmach? Można być zakochanym, zauroczonym, ale nie wpadać z pierścionkiem i deklaracjami. Owszem, chciała mu wierzyć, chciała nawet mieć nadzieję, że te wspólne chwile to początek czegoś naprawdę ważnego. Po wcześniejszych rozczarowaniach nie miała ochoty się spieszyć. Nie chciała nic, poza spokojnym poznawaniem się, określaniem granic i powolnym układaniem kolejnych etapów znajomości. Owszem, coś tam myślała o przyszłości, ale raczej w bardzo odległej perspektywie. Tym razem nie miała zamiaru angażować się zbyt szybko i zbyt mocno. Pech- znów ten wszechobecny i wiecznie ją prześladujący pech- chciał, że tym razem to on zaangażował się szybko i bez reszty. Miłe, ale przecież nie o to chodziło.

Wstała z podłogi. Leżący obok lawendowy bukiet pachniał obłędnie. Chyba nie mówiła mu, że lubi lawendę? W ogóle niewiele mówiła, a on tak często zgadywał jej zachcianki. Był zbyt idealny jak na chłopaka. Przecież tacy ludzie nie istnieją. I to dzisiejsze trzaśnięcie drzwiami tylko potwierdziło, że się nie myliła. Było idealnie, przez chwilę. A wystarczyło powiedzieć „nie” i urażona męska duma szybko pokazała na co ją stać. Można wierzyć we wszystkie obietnice i miłe słowa, można mieć nadzieję, że są prawdą, a nie deklaracjami bez pokrycia. Ale jeśli w tym wszystkim zbyt mało jest miejsca na miłość, to całość rozpada się jak domek z kart. Tylko jak poznać, że to już miłość, ta najprawdziwsza? Podobno ona jest albo jej nie ma, nie istnieją stany pośrednie. Choć czasem tak trudno zaakceptować, że to rzeczywiście miłość skoro wcześniej tak często zdarzały się pomyłki i falstarty. A tym razem okazało się, że mogła się pomylić w zupełnie inny sposób.

Westchnęła. Nie ma co gdybać. Prawdopodobnie straciła szansę na dobry związek. Trzeba się z tym pogodzić i żyć dalej. Jak zwykle… Znowu trzasnęły drzwi. Zdziwiona spojrzała w kierunku wejścia- wrócił? Po co? Usłyszała lekko kpiące – Przecież to nie tragedia. Poczekam. A potem- Masz duży niedobór chałwy w organizmie, a wiesz jak trudno znaleźć o tej porze twoją ulubioną? i podał pudełko z chałwą. Nie, tego na pewno mu nie mówiła… Po raz pierwszy od kilku tygodni poczuła, że wiara i nadzieja troszkę przystopowały w rozpychaniu się łokciami i w to miejsce pojawił się ślad miłości…