Jeszcze nie

    Jeszcze nie jestem zakochana. Może tak to wygląda na podstawie moich słów, wpisów, ale jednak nie. I nawet nie wiem, czy się zakocham, czy jestem w stanie. Nie wiem, czy chcę. Czy uda mi się na tyle otworzyć, żeby sobie na takie uczucie pozwolić. Zbyt ryzykowne. A mnie się nie chce podejmować ryzyka. Jestem przed pięćdziesiątką. Czuję się oczywiście znacznie młodziej, czasem to nawet i z 15-20 lat, gdyby nie dzieci to mało kto dawałby mi tyle lat, ile mam. No, ale jednak mam. Mam też swoje nawyki, przyzwyczajenia, zachowania. Druga strona także. Dotrzeć się w tym wieku, oj, może być trudno. Nie niemożliwe, ale trudne i na pewno okupione wieloma ustępstwami. Całkowicie przeorganizować swoje życie, zrezygnować z wygodnego trwania na rzecz szaleństwa? Może warto, tylko jaka jest gwarancja, że za jakiś czas wszystko się nie posypie, nie rozpadnie i znów nie trzeba będzie wracać do punktu wyjścia. A to będzie kolejne parę miesięcy czy lat do przodu. Czas z kolei jest nieubłagany, więc ewentualny następny start to już zostanie tylko w sferze marzeń.
  I tak to rozsądek wygrywa z uczuciem. Mogę się zapomnieć na chwilę. Zauroczyć. Zafascynować. Zapomnieć o konsekwencjach. Nie, tego nie dam rady. Odrobina szaleństwa we mnie jest i bardzo chętnie się jej poddaję, ale głos rozsądku cały czas jest przy mnie, nie pozwala zapomnieć, coś mi tam szepcze do ucha.Nie daje się zignorować. Czasem trochę go zagłuszam, ale on i tak jest. Co nie oznacza, że nie spędzę miłych chwil. Etap poznawania i wzajemnego oczarowywania się jest bardzo przyjemny. A rozsądek może w pewnym momencie uzna, że to co się dzieje nie jest złe, wręcz przeciwnie- może to najlepsze co mi się mogło przydarzyć i da przyzwolenie na kontynuację, a kto wie, może nawet odwróci głowę, zamknie oczy i da dojść do głosu uczuciom? Nie wiem. Na razie korzystam z tego co daje mi chwila. I jest miło. Tylko czasu jakby mniej, skoro dodatkowo muszę poświęcać go na inne rzeczy