Nie czas umierać

My name is Bond. James Bond. Lubię ten typ filmów, więc nie mogłam się powstrzymać przed pójściem do kina. Do niedawna jakoś nie byłam przekonana do Daniela Craiga jako Bonda, ale w końcu polubiłam go, zwłaszcza za uroczy „dziubek”, który robi w chwilach skupienia lub zaaferowania. Poza tym mnóstwo strzelania, efektowne sceny, kiedy to Bond i inni dobrzy lub źli agenci wychodzą w sumie tylko lekko poobijani z bardzo groźnie wyglądających katastrof. Kocham te skoki, przewrotki, walki wręcz i inne kaskaderskie popisy- nie do powtórzenia w realu, bo normalny człowiek po prostu szybko skręciłby sobie kark. Treść- w sumie mało istotna, bo nie o nią tu chodzi, chociaż wątek broni biologicznej i chęci zagłady większej części ludzkości jak najbardziej aktualny (a film był kręcony przecież jeszcze przed wybuchem pandemii, co za zbieg okoliczności!). Świetnie się bawiłam, mimo że film trwa prawie 3 godziny. Zastanawiam się, kto teraz będzie 007, skoro Craig podobno definitywnie żegna się z rolą Bonda. Zgodnie z poprawnością polityczną- czarnoskóra kobieta (do tego jeszcze LGBT, skoro nie uległa czarowi niebieściutkich oczu agenta)? Świat chyba staje na głowie, bo o ile nie mam nic przeciwko wszystkim wyżej wymienionym mniejszościom i grupom niesłusznie uciskanym, to forsowanie ich w każdym możliwym dziele popkultury zaczyna być po prostu nużące. Wkrótce odmieni się to na tyle, że biały heteronormatywny facet stanie się dyskryminowaną mniejszością i wtedy może znów wróci to wszystko do znanej mi normy? Nie żebym tylko faceta uznawała za jedyny słuszny rodzaj agenta, ale tradycja od lat wbiła nam w głowę pewne wzorce i ciężko się z nimi rozstać