Oblicza Obławy

Bartosz Gralicki na temat Obławy Augustowskiej

Byłam dziś na koncercie a właściwie spektaklu muzycznym na podstawie piosenek Jacka Kaczmarskiego w wykonaniu Jacka Bończyka i aktorów Teatru Ateneum. Koncert odbył się w ramach inauguracji działalności Instytutu Pileckiego pod hasłem „Oblicza Obławy”. Z jednej strony nieśmiertelna „Obława” Kaczmarskiego- zawsze kiedy jej słucham, to mam dreszcze, z drugiej Obława Augustowska, o której jak podejrzewam wie niewiele osób. W szkołach raczej o tym nie uczono, przez wiele lat to był temat tabu, nawet kiedy zaczęto mówić o Katyniu, to Obława Augustowska nadal była w cieniu, choć niektórzy historycy określają ją jako „mały Katyń”.

Co się wtedy stało? W lipcu 1945 Armia Czerwona oraz funkcjonariusze NKWD wspierani przez polskich kolegów z Urzędu Bezpieczeństwa, przeprowadzili na terenie Puszczy Augustowskiej zakrojoną na bardzo szeroką skalę obławę, skierowaną przeciwko żołnierzom polskiego podziemia niepodległościowego. W wyniku obławy regularne wojska Armii Czerwonej oraz sowieckiej i polskiej bezpieki pochwyciły ponad siedem tysięcy osób. Pięć tysięcy po tzw. weryfikacji w jednym z punktów filtracyjnych, zostało wypuszczonych do domów, 500 osób zostało przekazanych do dyspozycji służby bezpieczeństwa Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, a prawie 600 osób zostało zamordowanych w nieznanym miejscu. Los pozostałego tysiąca do dziś pozostaje nieznany.

Sam koncert był świetny. Przede wszystkim piosenki- ilustrowane obrazami, które były inspiracją do ich napisania- zaśpiewane bez udziwnień w interpretacji, wyraźnym głosem z nienaganną dykcją i w stylu Kaczmarskiego. Do tego muzyk grający na kontrabasie- nie miałam pojęcia, że ten instrument potrafi wydawać takie dźwięki! Efekt całości zepsuło mi kilka detali- pani siedząca obok i przez pół koncertu szamocząca się na krzesełku szukając telefonu, który być może spadł jej na podłogę. W końcu rozdzwonił się w kieszeni kurtki, którą powiesiła na oparciu fotela w rzędzie przed nami. Dwa rzędy przed nami siedział pan, który w bardzo żywiołowy sposób reagował na śpiewane utwory. Może byłoby to i miłe, ale woń spożytego trunku była wyraźna i na pewno nie był to zapach środków dezynfekujących. No i spektakl odbył się w kinie. Niektórym widzom chyba pomyliły się godziny, bo wparowali na salę z kubełkiem pop- cornu i napojami. Taaak… Kultura wysokich lotów… Szkoda. I wstyd.