Najdroższy parking w Warszawie

Tak to jest jak prowincja przyjedzie do stolicy…Nie dojrzy, nie pomyśli, nie zauważy, nie doczyta. A potem tylko płacz i zgrzytanie zębów. Przyjechaliśmy do Warszawy na dwa dni, z noclegiem sponsorowanym przez bon turystyczny. Pod wynajętym apartamentem miał być bezpłatny parking przy ulicy. Stały sobie samochody w sznureczku, miedzy nimi miejsce akurat na mój, więc nie bez trudu, ale jakoś zaparkowałam. Nawet mi nie przyszło do głowy sprawdzić, czy tam można parkować. Poszliśmy sobie spacerkiem do Muzeum Powstania Warszawskiego, na obiad, potem dotarł do nas Mati i wieczór spędziliśmy w wynajętym „apartamencie” (cóż, nazwa lekko na wyrost, klitkę 35m trudno nazwać apartamentem, ale może takie jest nazewnictwo w stolicy), bo już nam nogi lekko odmawiały posłuszeństwa. Jeszcze tylko skoczyliśmy do pobliskiego sklepiku po napoje i przekąski, a z samochodu zabrałam zapomnianą ładowarkę od telefonu. Nadal nie pomyślałam, czy rzeczywiście zaparkowałam prawidłowo. Dopiero następnego dnia rano coś mi zaświtało. Wyskoczyłam po pieczywo na śniadanie i zauważyłam z PRZECIWNEJ niż przyjechaliśmy strony tabliczkę

Samochodu nie było… Najpierw kilka głębokich wdechów, bardzo głębokich. Stało się, moja wina, tylko trzeba jakoś odzyskać samochód, żeby wrócić do domu. Nieoceniony internet przyszedł z pomocą, kilka telefonów i mogłam szukać siedziby Straży Miejskiej. Miła pani (na moje szczęście pracują 24 godziny na dobę i 7 dni w tygodniu) wyjaśniła mi co i jak, wypisała stosowne dokumenty w tym mandat, wyjątkowo symboliczny i mogłam pojechać w kolejne miejsce, gdzie czekał na mnie mój samochód. Nie powiem, odholowanie i przechowanie samochodu na takim parkingu to dość kosztowna sprawa. Ale za głupotę i gapiostwo się płaci. Może następnym razem będę mądrzejsza.

Ale poza tym „drobnym” wypadkiem sam wyjazd do Warszawy był zupełnie udany, nawet jazda samochodem po ulicach stolicy nie była tak straszna, może w dużym stopniu dlatego, że to był weekend i ruch znacznie mniejszy. Mati dostał wszystko czego potrzebował, nagadaliśmy się, poopowiadał o swoim życiu studencko- żołnierskim. Mimo że nie jest lekko, to jemu się podoba, jest w swoim żywiole. Gdyby nie pobudki o 5.30 to byłoby jeszcze lepiej, ale tak to bardzo nie przeszkadza. Trochę narzekał na różne braki w organizacji i chaos organizacyjny, ale to też da się przetrwać. Ma już przepustki na popołudnia i weekendy, wiec powoli zaczyna się orientować jak wygląda życie w stolicy, choć do wielkiego miasta raczej się nie wypuszcza z braku czasu, a sam teren WAT-u to już niemal koniec Warszawy. Kiedyś Mati zarzekał się, że do dużego miasta to na studia nie pójdzie, więc w sumie niemal zrealizował swój plan.

Do domu wróciliśmy po 18, dopiero kiedy opadły emocje i odpuściła adrenalina, poczułam jak nieludzko jestem zmęczona. Teraz już tylko spać.