Rozśmieszam Pana Boga

Woody Allen – "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość."

Nie pierwszy raz w swoim życiu zresztą, więc w sumie powinnam się przyzwyczaić. Wizyta u diabetologa miała być dziś. Termin ustalony trzy miesiące temu przy poprzedniej wizycie. Jeszcze kilka dni temu absolutnie nie myślałam o przekładaniu. Tym bardziej, że do orzeczenia o niepełnosprawności potrzebne mi było zaświadczenie od lekarza prowadzącego. Żeby usprawnić cały proces, kilka dni wcześniej zrobiłam Filipowi komplet badań, jak się okazało słusznie. Dziś już przed ósmą pojechałam z nim do przychodni na szybki test antygenowy, w zasadzie żeby potwierdzić to, co przypuszczałam na 99%. Test dodatni. Na szczęście Filip czuje się już zupełnie dobrze, trochę kaszle, ale bez jakiejś uciążliwości. Myślę, że najgorsze za nami, tym bardziej, że i po cukrach widać, że jest lepiej, bo przez weekend biliśmy rekordy bycia poza zakresem- ponad 30% czasu w ciągu doby, od wczoraj jest już znacznie mniej. Od razu po teście musiałam wykonać kilka telefonów- do poradni diabetologicznej w celu wyjaśnienia sytuacji i wytłumaczenia czego mi trzeba, normalną wizytę zmieniłam na teleporadę, tym razem nam to wystarczyło. Do szkoły, żeby poinformować, ale okazało się, że i tak do końca tygodnia klasa ma nauczanie zdalne, tylko jeszcze nie zdążyła pójść informacja na dzienniku. Na czwartek miałam umówioną fryzjerkę- cóż, też musiałam przesunąć termin o co najmniej 2 tygodnie, nie chcę nikogo niepotrzebnie narażać. Do tego ustalenie co z moją pracą, bo przecież niedobory kadrowe i okres infekcyjny- przecież nie da się nie pracować. Już miałam lekką nadzieję na pracę zdalną, pisanie stosu recept i teleporady, ale niestety, administracja rozwiała moje złudzenia. Codziennie przed pracą szybki test i jeśli będzie ujemny- nie ma wymówki, za biurko i wszyscy chętni mogą mnie odwiedzać. W pracy i tak jesteśmy zabezpieczeni w obie strony, nawet przyjmując pacjentów z ewidentnym COVID- em. Mam tylko nadzieję, że nie będę miała w najbliższych dniach bzdurnych wizyt typu „przyszedłem powiedzieć, że po tym leczeniu już mi zupełnie przeszło” albo „w zasadzie to byłem chory tydzień temu, ale skoro już jest zamówiona wizyta, to przyszedłem”. Przecież nikt nie może zabronić wolnego dostępu do lekarza. Aczkolwiek myślę, że poziom ryzykanctwa i dążenia do samozagłady w społeczeństwie jest tak imponujący, że nic mnie nie zdziwi. Sanepid co prawda ochoczo wpisał mi kwarantannę, szybko udało się to odkręcić, ale dopiero po interwencji naszej pani dyrektor administracyjnej, która ma wszystkie przepisy w małym paluszku

Natomiast dziwi mnie nieco fakt, że po wykonaniu testu antygenowego i uzyskaniu wyniku dodatniego z całymi przysługującymi temu szykanami (izolacja, kwarantanna dla niezaszczepionych z kontaktu), a nawet po leczeniu szpitalnym w razie pogorszenia stanu zdrowia, takiej osobie nie przysługuje status ozdrowieńca, w sensie otrzymania „paszportu COVID- owego”. Ten przywilej jest zarezerwowany tylko dla wybrańców testowanych PCR. Żeby nie było- to nie tylko u nas tak jest, ale w całej UE. Nie chcę doszukiwać się jak jest poza Unią. Natomiast bycie ozdrowieńcem po teście antygenowym nie powoduje kolejnej kwarantanny po kontakcie. Przynajmniej tyle.

Czyli po raz kolejny muszę nieco zwolnic i dostosować się do siły wyższej. Nic nie poradzę. Zastanawiam się, czy rzeczywiście Pan Bóg (czy ktoś inny może?) ma aż tyle radości z tego motania i gmatwania w życiu nic nie znaczących ludzi?