Cytaty

„Tak też było i tego ponurego dnia, kiedy to jesień postanowiła na dobre porzucić ciepły złotopolski image, którym mamiła zmysły przez cały wrzesień, a nawet większość października, uśpiwszy w ten sposób powszechną czujność społeczeństwa, i w ciągu jednego dnia przestawiła się na szaroburą chlapę, ziąb i ogólną pizgawicę”

„Poniedziałki bez uprzedzenia stawały się czwartkami z wyraźną nuta wtorku sprzed dwóch tygodni, noc uwijała się w godzinę, a godzina w kwadrans. Ten z kolei to gnał na łeb na szyję z prędkością błyskawicy, byle zdążyć między drzemkami, to znów wlókł się w nieskończoność, szczególnie bladym świtem, zimnym i nieprzyjaznym życiu we wszelkich jego przejawach, który zjawiał się codziennie sekundę po zamknięciu ciężkich powiek, by potem ciągnąć się sadystycznie aż do południa dnia następnego. Do tego wszystko było wszędzie, ewentualnie nigdzie, a i tak niczego nie dało się nigdy znaleźć”

Owe dwa cytaty z przeczytanej niedawno książki w sposób zupełnie adekwatny i w słowach pięknie poukładanych fantastycznie obrazują mój obecny stan ducha. Pogoda jak widać- po kilku pięknych, słonecznych i ciepłych dniach zepsuła się typowo listopadowo. I wszystkim zaczyna dokuczać jesienny spleen. Kurtki ciepłe trzeba wyciągnąć, jakieś czapki, szaliki, buty. A chciałoby się jeszcze choć trochę słońcem nacieszyć. Cóż, zostaje łykanie witaminy D w nadziei, że zastąpi to choć trochę promienie słoneczne.

Chorobowość rodzinna w pełnym rozwoju i nie mogę spokojnie spać. Filip z cukrzycą, mój Ktoś z astmą i marną saturacją już wyjściowo- obaj w grupie ryzyka. Odmierzam tableteczki, wmuszam kolejne szklanki wody i herbatek, klepię po plecach, gotuję wzmacniające rosołki. Niby nie jest źle, ale to paskudztwo bywa nieprzewidywalne i może zaatakować ze zdwojoną siłą w chwili, kiedy stracimy czujność i stwierdzimy, że już jest dobrze. Początkowo obawiałam się, że to ja przyniosłam z pracy, bo codziennie trafia się kilka osób zarażonych, ale ewidentnie źródłem jest szkoła. W tej chwili nauczyciele zostali zdziesiątkowani- dziś na 8 lekcji nauczania zdalnego były dwie- matematyka i w-f, jutro ma być tylko w-f. Kontrolujący żołnierz WOT, który zadzwonił późnym wieczorem powiedział, że w porównaniu do styczniowo- marcowej fali, to w tej chwili jest znacznie gorzej i gdyby wiedział co go czeka, to nawet by się nie zabierał za taką robotę. Mogę tylko współczuć, choć sama nie mam lepiej, bo w pracy nie ma chwili na oddech, herbatę czy pójście do toalety. Plus awantury z tymi, co to nie chcą testu, nie noszą maseczek, żądają natychmiast antybiotyku, amantadyny, tlenu, problemy z dostępnością miejsc w szpitalach, bezradność. I jeszcze tuż za miedzą nierozwiązywalny problem z ludźmi bezdomnymi i pokrzywdzonymi przez wszystkich. Nie trzeba wojny, żeby czuć się zagrożonym z każdej strony. W kosmos ludzkość potrafi polecieć, atomy daje rady okiełznać, a pomóc bezradnym przekracza granice możliwości.