Tonic bez ginu

Oraz bez lodu, cytryny czy limonki. Wystarczy sam gorzki smak tego napoju. Jakoś tak mnie dzisiejszego wieczoru dopadł taki właśnie lekko gorzkawy nastrój.

Gin z tonikiem - Ministerstwo śmiesznych obrazków - KWEJK.pl

Wieczór, sobota. Siedzę sama w domu- Filip u kolegi na kolejnym towarzyskim spotkaniu grupy grającej (wykorzystują chłopaki sytuację, że kolega, już student, przyjechał na dłużej do domu). Mati przyjedzie dopiero za tydzień. Kuba w pracy. Ktoś w szpitalu. Koty śpią. Cisza aż dzwoni w uszach, ale kiedy próbowałam włączyć jakąś muzykę, było jeszcze gorzej. Paradoksalnie muzyka tak zwana relaksacyjna, plumkanie wszelkiego rodzaju, śpiew ptaków, szum drzew czy wody albo inne podobne dźwięki wzbudzają we mnie raczej rozdrażnienie niż uspokajają. Pasowałby w takiej sytuacji Cohen, zwłaszcza do tego tonicu, ale jakoś i on nie dał mi dziś ukojenia. Trudna to sytuacja. I z lekkim przerażeniem myślę, że gdyby coś się stało, to za kilka lat, kiedy Filip wyfrunie z domu, to takie samotne wieczory byłyby się normą. Oczywiście w tej sytuacji szybko znalazłabym sobie jakieś wypełniające zajęcie, bo można się zadręczać ciszą i samotnością przez kilka dni, góra tydzień, ale dłużej to już bez sensu. Tylko że nie podoba mi się taka perspektywa. Jako człowiek inteligentny ja się absolutnie nie nudzę, wręcz przeciwnie, mam za mało wolnego czasu, jednak ta dzisiejsza cisza, szybko zapadająca ciemność, przenikliwy wiatr, deszcz, listopadowe długie wieczory… Wyjątkowo chandrotwórcze środowisko. Przynajmniej tonic mi w tym „anturażu” smakuje. A ginu do niego nie doleję, bo jeszcze muszę pojechać po Filipa. Wyłazi moja nadopiekuńczość. Młody miał zamiar pojechać rowerem- postukałam się tylko w głowę- ciemno, wieje, drugi koniec miasta. Spokojniejsza będę, jak sama go odbiorę.