Siła złego

Oczywiście jak się wali, to ze wszystkich stron. Nie istnieje coś takiego jak spokój i stabilizacja. Ktoś nadal bez zmian to znaczy w stanie bardzo ciężkim na OIOM-ie pod respiratorem. Ciężko jest mieć nadzieję, ale tylko to pozostaje. Lekarze nie chcą wyraźnie powiedzieć, że jest beznadziejnie, bo przecież zawsze może wydarzyć się cud… Wiele osób, również znajomych wirtualnych, mnie wspiera na różne sposoby i jakoś się trzymam. Nie mam wyjścia. Choć bywają chwile załamania.

Im więcej mam zajęć, tym mniej myślę. Sporo czasu zajmuje mi praca, choć tu akurat w niektórych momentach to wolałabym żeby było nieco spokojniej, bo muszę być skoncentrowana, muszę myśleć i nie popełniać błędów, a w straszliwym natłoku pracy, pośpiechu i mnóstwie bzdurnych drobiazgów łatwo coś popsuć. Od jutra będzie jeszcze gorzej- dziś Szefowa wysłała nam wiadomość, że jest chora. Na „wiadomo- co”. Skąd? Jest zaszczepiona, w pracy się chronimy raczej skutecznie. Ale tydzień temu była na sporej imprezie weselno- andrzejkowej, sama przyznała, że była to typowa wylęgarnia COVID. A więc mamy półtora tygodnia w pracy hard-core. Bo na razie czuje się na tyle źle, że nawet teleporad nie da rady robić. Na szczęście wspomoże nas rezydentka pilnie ściągnięta ze stażu w szpitalu, ale i tak będzie ciężko.

Na sobotę zapowiedział się Kuba z Żoną, przyjechał też na przepustkę Mati, więc miałam co robić. Zwłaszcza w kuchni, bo trzeba było porozpieszczać dzieciaki. A więc ciasto- tym razem wuzetka. Na obiad dla każdego jego ulubione kotlety, ale ponieważ moja Synowa ma obecnie problem z tolerancją mięsa, więc jeszcze specjalnie dla niej naleśniki i kotlety selerowo- marchewkowe, nawet smacznie mi wyszły i Synowej też smakowały. I poskubała trochę schabowego, przy okazji usłyszałam komplement „teściowa robi te schabowe takie delikatne i jakby zupełnie bez tłuszczu”. Cóż, lata praktyki cukrzycowej, żeby było nieco dietetyczniej. I nadal nie mogę się przyzwyczaić, kiedy słyszę o sobie”teściowa”, mam wrażenie że to o kimś innym. Po obiedzie zrobiliśmy sobie seans filmowy w ramach wspólnego spędzania czasu.

Miła atmosfera skończyła się dziś rano. Przy śniadaniu Mati wyglądał nieco niezdrowo i stwierdził, że mu zimno. Termometr pokazał 39,9. Ogarnęło mnie przerażenie. Chorował na „wiadomo- co” w styczniu, zaszczepiony jest, kontaktu ryzykownego prawdopodobnie nie miał, ale teraz to nigdy nie wiadomo. W normalnej sytuacji po prostu zostałby w domu, jutro na spokojnie test i tyle. Ale to jest wojsko! Tu nie ma tak łatwo. Z przepustki trzeba wrócić na czas, inaczej można ponieść konsekwencje. W razie awarii trzeba powiadamiać przełożonych, WKU i liczyć na szczęście. Poprzedniego dnia Mati miał służbę 24 h, spał jedynie 3 godziny, zjadł tylko śniadanie i potem przed wyjazdem hot doga, a i stresu podobno miał sporo. No ale jak miałam go puścić w takim stanie? Co prawda po lekach gorączka szybko odpuściła, tylko jazda autobusem to ryzyko dla innych. Do świątecznej pomocy nie dało się dodzwonić, więc już wiedziałam, że jest tam gorąco (kiedy w końcu się dodzwoniłam, to tylko mi potwierdzili przypuszczenia, na dodatek po ujemnym teście antygenowym jest obowiązkowe skierowanie na test PCR, a to wiąże się z kwarantanną i nie ma wyjazdu). Więc jeszcze telefon do apteki dyżurującej czy mają testy. Tak, mają, antygenowe i ze śliny. Z braku innych możliwości… 5 minut później w aptece okazało się, że są tylko ze śliny. Jakoś nie bardzo im wierzę. Jeszcze szybko do Lidla ( otwarty w niedzielę), tam też są testy antygenowe. Do czego to doszło… Test był ujemny, Mati ozdrowiał i pojechał. Teraz czekam, co będzie jutro. Bo po powrocie do akademika okazało się, że więcej osób jest chorych, w tym kolega z pokoju. Czarno to widzę.

Test Matiego
Test szefowej

Popołudnie i wieczór zapowiadały się już bez emocji. Akurat dziś w naszym mieście jest turniej tańca. Nawet wczoraj z chłopakami wspominaliśmy dawne taneczne czasy i stwierdziłam, że miło byłoby znów na żywo popatrzeć na pięknie tańczące pary, chociaż w części galowej. No ale… Czasy mało sprzyjające, nastrój nie do rozrywek. Ot tylko takie małe wspomnienia. W czasie kiedy moi chłopcy tańczyli, to ja zazwyczaj w czasie takich turniejów zapewniałam opiekę medyczną. Tym razem trenerzy nie kontaktowali się ze mną, zresztą nawet gdyby, to nie byłabym w stanie poświęcić całego dnia. Tymczasem o 17 zadzwonił trener- osoba, która do tej pory pełniła opiekę rozchorowała się nagle i na wieczorną galę nie zostanie, a bez opieki medycznej turniej nie może się odbyć. I jestem ostatnią deską ratunku. Całego dnia nie mogłam poświęcić, ale te trzy wieczorne godziny- czemu nie? Dobry uczynek, chwila oderwania myśli od smutnej rzeczywistości, mała przyjemność (aczkolwiek z lekkimi wyrzutami sumienia, czy powinnam. No ale nie mogę się tylko umartwiać, bo oszaleję). Jak widać czasem marzenia się nieoczekiwanie spełniają. Może któreś inne też się spełni… To o powrocie Ktosia. Mam nadzieję, że nie wyczerpałam limitu spełnionych marzeń.

Jeszcze tylko mała dygresja, choć i tak wpadłam w straszny słowotok. Na turnieju może wielkich tłumów nie było, ale jednak trochę ludzi przyszło- zawodnicy, osoby towarzyszące, trochę publiczności. Hala sportowa duża, ale o dystansie można zapomnieć. O maseczkach zresztą też. Jak zauważyłam, to oprócz mnie i burmistrza (ale on tylko podczas wręczanie nagród) maseczkę miały trzy(!) osoby. Suuuper… Dopiero pod koniec turnieju przypomniano, że obowiązuje dystans i maseczki. Cha cha cha.

PS. Zapomniałam odblokować możliwość komentowania, gapa ze mnie, ale już się poprawiam