Diuna

Książkę (a nawet pozostałe części też) przeczytałam jeszcze w czasach licealnych. Czyli dawno, dawno temu, wręcz w odległej galaktyce. Nie wiem, czy w tamtych czasach zrozumiałam cokolwiek z tej książki, może poza litanią przeciw strachowi Bene Gesserit, ale to było tak uniwersalne i tak często powtarzane, że łatwo było zrozumieć i zapamiętać.

Kiedy do kin wszedł film, Filip od razu na niego poszedł. Podobało mu się i oczywiście namawiał i mnie do obejrzenia, ale wybitnie mi wtedy terminy nie pasowały. A kiedy film stał się dostępny na HBO, młody wielokrotnie chciał urządzić nam seans filmowy, tylko oczywiście ciągle coś przeszkadzało. Ale w ramach jednej z atrakcji na początek wakacji spięłam się i w końcu udało nam się „Diunę” obejrzeć. Słyszałam pochwały, mignęły mi pełne zachwytu recenzje, ale prawdę mówiąc nie spodziewałam się, że AŻ TAK mi się spodoba. Niesamowity film… Może nie idealnie zgadza się z tym, co jeszcze pamiętam z książki, ale aż mam ochotę w niedalekiej przyszłości przypomnieć sobie oryginał