Klopsiki, krokiety i inne zagadki oraz Lek na miłość

Jedna z tych zaległych książek. Czytałam ją na raty i dość długo, odkładałam i z poczucia obowiązku wracałam (ach, to poczucie obowiązku, o którym ostatnio wspominała Blubraa…). W pewnym momencie i ciekawość trochę mnie dopadła, ale ogólnie rzecz biorąc książka ma bardzo nierówny poziom. Pewnie dlatego, że pisały ją trzy autorki (plus trzy gościnnie), powstawała w odcinkach w czasach pandemicznych i jeszcze z interakcją czytelników, którzy podrzucali słowa, jakie miały się w powieści znaleźć (i to mi się podobało, bo wpleść w tok narracji cymelium, inkunabuł, kierzanka, oładki, kwas karboksylowy, prokrastynacja, wihajster czy wiertło stożkowe, żeby to miało ręce i nogi łatwo nie jest).

A treść? Jadwiga, pani z lekka 60+ (bardzo niesłusznie określana chwilami jako staruszka, a przecież to wcale nie taka starość) po śmierci męża dowiaduje się o kilku tajemnicach z jego życia. Pojawia się młoda kuzynka Rozalia, a z nią kilka dziwnych wydarzeń, które doprowadzają panie do Francji i Moskwy, a w międzyczasie jest jeszcze skarb, morderstwo, intrygi i romans. Mam wrażenie, że gdyby to pisała jedna autorka (podejrzewam, że to fragment autorstwa Hanny Greń był najbardziej ciekawy), to książka byłaby bardziej strawna. Ale nie ma co wybrzydzać. Było odłożyć i nie czytać, a nie się męczyć

A ta książka to był totalny niewypał. Skusił mnie opis mówiący o gorących uczuciach w kręgach medycznych. Zainteresowałam się, jak widzą te uczucia i ogólnie relacje między ludźmi związanymi z medycyną, tak zwani „normalni” ludzie. Ależ się rozczarowałam… Pomijam warstwę erotyczną, która chwilami była jak dla mnie po prostu niestrawna. Całość przedstawiona bardzo stereotypowo i mało merytorycznie. W zasadzie poza jednym opowiadaniem (o lekarzu geju, który po ujawnieniu jego orientacji jest na różne sposoby szykanowany) cała reszta jest nie w moim typie. Co ciekawsze na lubimyczytać książka ma średnią ocen 8/10 i recenzje pełne zachwytów. Ja dałabym najwyżej 3/10. I tą książką utwierdziłam się w przekonaniu, że literatura typu „obyczajowe i romanse” nie jest w moim guście. Choć obyczajowe w sumie lubię, od „romansów” mnie tylko odrzuca.

Co gorsza po przeczytaniu (a właściwie przemęczeniu) takich pozycji na pewien czas odrzuca mnie od czytania całkowicie. Więc cierpię, zwłaszcza, że w kolejce jest kilka książek, na które dość niecierpliwie czekałam, a nie mogę się zdecydować na rozpoczęcie czytania. Chyba naprawdę pora pozbyć się tego nieszczęsnego poczucia obowiązku i przyzwoitości, że co się zaczęło, to należy skończyć. Naprawdę pora…