Wyjazd i powrót

Ależ się narobiło! Sama chwilami nie wiem co o tym myśleć. I jak zareagować. Choć nie powiem, maleńką satysfakcję poczułam., ale zaraz sama się za nią zganiłam i powiedziałam swojemu wewnętrznemu diabełkowi, że to nie w porządku, tak nie wolno, pogroziłam paluszkiem i ów czorcik się lekko zawstydził. A było to tak (będzie trochę dłuższa opowieść).

W obliczu zbliżających się wakacji i konieczności poczynienia planów wyjazdowych przemogłam swoją niechęć do kontaktów z byłymmężem i napisałam do niego uprzejmą prośbę o określenie jakie plany ma w stosunku do chłopaków, zwłaszcza Filipa, żebym i ja mogła coś zaplanować, tak żeby nie kolidowało. bo już parę razy niestety kolidowało i to ze szkodą dla mnie. Chodziło mi zwłaszcza o wcześniejsze uprzedzenie. Czekałam sobie na odpowiedź, poplanowałam najbliższe dni, bo trochę spraw do załatwienia było. I niespodziewanie w środę wieczorem byłymąż się odezwał. Od razu przeprosił, że w ostatniej chwili, ale tak mu wypadło, że zmienia pracę i tylko przyszły tydzień ma wolny, potem nie będzie urlopu więc chciałby, żeby Filip do niego na ten tydzień przyjechał. Cóż…. Akurat na poniedziałek miałam zaplanowany wyjazd do miasta wojewódzkiego, w celu zrobienia Filipowi badań zleconych na ostatniej wizycie i po zaświadczenie do prawa jazdy. I tak to była uproszona wizyta zaocznie, poza godzinami funkcjonowania poradni, więc nie bardzo wchodziło w grę przekładanie. A na popołudnie Filip był umówiony z Kubą na pomoc przy przeprowadzce- też nie bardzo dało się to zmienić. No więc byłymąż stwierdził, że wobec tego we wtorek. Pozostałe plany można już było nieco zmodyfikować, więc OK. Ale kolejny problem- podróż. Byłymąż uznał, że co to takiego, wsiądzie sobie Filip do pociągu i po 5 godzinach jest na miejscu. Tyle tylko, że wsiąść do pociągu powinien w mieście wojewódzkim, a wcześniej do niego dojechać- a to prawie 100km. A podróż do celu to 7 godzin, a nie 5. Nie bardzo widziała mi się taka samodzielna podróż, zwłaszcza, że Filip jednak niekoniecznie jest ogarnięty . No ale on przecież za niespełna 3 miesiące kończy 18 lat! Jak rozumiem był to zarzut do mnie, że nie pozwalam na odcięcie pępowiny, nie daję dziecku wystarczającej samodzielności, jestem nadopiekuńcza itp, itd. Możliwe, nie zaprzeczam. Nie nauczyłam go podróżowania autobusami, pociągami i biedne dziecko nie ma pojęcia jak poruszać się w świecie. Wszędzie dotychczas prowadziłam go za rękę, dostarczałam do punktu przeznaczenia i nie pozwalałam na samodzielność. No po prostu kalekę życiowego wychowałam i tyle. Na swoją obronę mam jedynie fakt, że Filip choruje na cukrzycę, a zmienne poziomy cukru dość mocno zaburzają mu myślenie. I jeszcze akurat we wtorek późnym wieczorem przypadałaby planowa zmiana sensora, a sensor jest potrzebny, żeby pompa mogła prawidłowo działać. Zaproponowałam więc, że skoro byłymąż chce spędzić czas z synem, to może by przyjechał po prostu do naszego miasta. Przy okazji zobaczyłby w końcu wnuka. I może odwiedził własną babcię, która jest w dość kiepskim stanie z racji bardzo podeszłego wieku i szybko postępującego otępienia. Nie, nie może, bo przecież nie miałby się gdzie tu się podziać (ma mieszkanie, ale wynajął je komuś, w ostatniej chwili odmawiając wynajęcia go Kubie, bo przecież od rodziny nie mógłby wziąć tyle kasy ile od obcych). Stanęło w końcu na tym, że Filip dojedzie do miasta wojewódzkiego autobusem, gdzie będzie na niego czekał byłymąż i razem pojadą do niego pociągiem. Poświęcenie ogromne, ale cóż, tatuś przecież chce się spotkać z synem. I sam to organizuje. Miałam tylko wątpliwość czy uda się zgrać czasowo, bo między przyjazdem autobusu, a odjazdem pociągu było około 20 minut. I oczywiście usłyszałam, że mam się nie martwić, najwyżej pojadą następnym. Autobus się spóźnił, zgodnie z moimi przewidywaniami (wredna jestem, wykrakałam. Tyle tylko, że poprzedniego dnia droga była zablokowana przez prawie cały dzień, bo zdarzyły się dwa wypadki i wracaliśmy dość dalekimi objazdami). No, ale to i tak moja wina. A sensor, który miał działać prawie do północy, złośliwie wyłączył się kilka godzin wcześniej- też moja wina, bo przecież mogłam zmienić go ten dzień wcześniej. W tym momencie Filip miał już dość tych atrakcji i zadzwonił do mnie, że on chce wracać do domu. Ręce mi opadły. Byłymąż próbował negocjować, ja (w sumie wbrew sobie) też stwierdziłam, że powinien jechać, skoro wszystko jest zorganizowane, z sensorem ogarniemy jakoś sprawę. Ale młody się uparł, że nie, a do odjazdu pociągu było już tylko 10 minut. Więc byłymąż wsiadł do pociągu, pokazał Filipowi kierunek dworca autobusowego i wracaj sobie dziecko do domu. Miał tyle przyzwoitości, że powiadomił mnie o tym i poprosił, żebym monitorowała powrót Filipa. Na szczęście nie musiałam jechać te prawie 100 km, Filip wrócił szczęśliwie sam, tylko cukier był 250. Dałam mu dłuższą chwilę na ogarnięcie emocji, przemyślenie i spróbowałam się dowiedzieć, o co poszło.

No i tak- Filip wcale nie chciał jechać do tatusia. Bo może i jakieś atrakcje by tam były, ale jest też żona tatusia, której on w ogóle nie zna i źle się czuje w jej towarzystwie. Poza tym to jest za daleko, podróż w jedną stronę to ponad połowa dnia, a Filip ma na dodatek chorobę lokomocyjną (niestety po mnie), przy krótszych podróżach jest znośnie, ale takiej długiej to on nie chce. A na dodatek nikt go nie zapytał, czy czasem nie ma swoich planów, a miał. I rozumie, że bardzo źle to rozegrał, nie powinien w ten sposób, ale nie bardzo wiedział jak inaczej to zrobić. Myślał, że da radę, bo nie chciał sprawić przykrości ojcu, ale nie wyszło. Cóż, doskonale go rozumiem. I w sumie nawet podziwiam, bo ta decyzja o powrocie do domu łatwa nie była i dużo go na pewno kosztowała emocjonalnie. A Filip jest dość specyficzny w swoich zachowaniach, nie chcę doszukiwać się zaburzeń „ze spektrum”, ale jakby się dobrze przyjrzeć, to coś by się znalazło. Nie wiem, co teraz byłymąż zamierza. Ale obawiam się, że skoro już się rozwiódł ze mną, z Kubą, to teraz pora na Filipa. Zostanie jeszcze Mati, ale i tu podejrzewam, że jeszcze trochę i kontakty się rozluźnią. Żal mi bardzo, bo jednak dzieci nie są niczemu winne. Kiedy byłymąż się wyprowadzał, to tak pięknie obiecywał, że nie zapomni o kontaktach z chłopakami, że to nie jest w sumie tak daleko, a jego wtedy jeszcze partnerka to taka ciepła, dobra osoba, chce się z chłopakami zaprzyjaźnić, nawet kupi dodatkowe łóżko, żeby mieli gdzie spać, kiedy do nich przyjadą. No i niestety nic z tego nie wyszło. Na dodatek w międzyczasie byłymąż zrobił mi kilka małych świństewek i przykrości, ale takich, że to przecież nie jego wina, tylko okoliczności niesprzyjające… Cóż, podobno „karma wraca”, więc może ja cierpliwie poczekam?

Uffff. Wyrzuciłam z siebie wszystkie żale i jest mi nieco lżej. Bo prawdę mówiąc przez pół dnia gotowałam się ze złości. A wcześniej przez kilka dni na przemian wkurzałam się i umierałam z niepokoju. Wiem, że prawdopodobnie z punktu widzenia byłegomęża cała sprawa wygląda zupełnie inaczej. I jak to powiedział pewien mój znajomy domorosły psycholog- on też ma pewnie swoje dylematy i rozterki, problem jest poważny, a wszystkiego i tak się nie dowiem. Owszem, to prawda. Ale mój punkt widzenia jest mój. I nie mam obowiązku ułatwiać życia byłemumężowi kosztem swoim albo Filipa. Oczywiście poza małymi wyjątkami w żadnym związku czy relacji dwojga osób nie jest tak, że tylko jedna strona jest winna. Ja też mam swoje za uszami i mogłabym nieco inaczej rozegrać całą sytuację, ale wyszło akurat tak. I w sumie nie żałuję, że Filip nie pojechał do ojca. Żałuję tylko, że byłymąż ochłodzi stosunki z Filipem. A młody- może czegoś go to nauczy. Ale poza pogadanką na temat konieczności ponoszenia konsekwencji za własne decyzje- innych konsekwencji z mojej strony nie będzie. Koniec. Amen.

Przepraszam za przynudzanie, ale musiałam. A w ostatnim czasie skumulowało mi się nieco emocji, których nie miałam gdzie z siebie wyrzucić