Listy pisane szeptem

Książki pani Witkiewicz przeczytałam prawie wszystkie i każda z nich miała w sobie coś, co mnie urzekło. Natomiast ta- urzekła po stokroć. Mimo że była bardzo przewidywalna, już po kilku stronach wiedziałam co będzie dalej. Ale samo czytanie, poznawanie bohaterów, ich rozterek, przemyśleń, punktu widzenia było przyjemnością. I cały czas w tyle głowy siedziała mi myśl, że może gdybym przeczytała tę książkę lata temu, to nie doszłoby do rozwodu (to było jeszcze przed akcją z wyjazdem Filipa, zaraz po takie myśli natychmiast uleciały).

Karolina i Sławek to małżeństwo z ponad dwudziestoletnim stażem, ich dzieci już wyfrunęły z domu, a oni żyją razem, ale osobno, obok siebie. Ich małżeństwo nie było idealne- zwłaszcza z perspektywy Karoliny „Najchętniej spakowałabym wszystkie swoje rzeczy i wyniosła się gdzieś w cholerę. Byle dalej od Sławka. Byłam przekonana, że taki mąż nie jest mi zupełnie potrzebny. Owszem, zarabiał na te cholerne pieluchy (i nie tylko), ale gdybyśmy żyli osobno, również by to robił, bo płaciłby alimenty. A ja robiłabym dokładnie to samo, co robiłam do tej pory, czyli zajmowałabym się dziećmi, tylko dodatkowo miałabym święty spokój. Przynajmniej nie łudziłabym się, że ktoś może mnie w czymkolwiek wyręczyć”. Znacie to uczucie? Bo ja tak, doskonale i wielokrotnie.

A kiedy pojawiają się dzieci? „Myślę, że taka jest naturalna kolej rzeczy, że na początku tak bardzo koncentrujemy się na rodzicielstwie, że lekceważymy problemy, które pojawiają się między nami. Nie staramy się ich rozwiązywać od razu i się nawarstwiają. Niektóre, głęboko zakopane, wydostają się na powierzchnię w najmniej oczekiwanym momencie”. Sztuką ogromnie trudną jest takie współistnienie rodzicielstwa i małżeństwa, żeby żadne z nich nie było pokrzywdzone, żeby udało się zachować równowagę. Po prostu chyba za często koncentrujemy się na tych naszych dzieciach, nie myśląc o tym, co będzie potem, gdy one już wyfruną z domu i zostanie nam współmałżonek, do którego mamy tyle pretensji i żalów, że czasem już nie wiemy o co pierwotnie poszło

Nie zawsze dobrze pamiętamy i interpretujemy wydarzenia z przeszłości. Wyolbrzymiamy to, co nam akurat pasuje, bagatelizujemy rzeczy ważne, bo nasz punkt widzenia mówi zupełni coś innego. „Wspomnienia mają to do siebie, że po latach stają się jak fotografie w rodzinnym albumie. Odrzucamy te brzydkie, nie do końca udane i rozmazane wskutek drgnięcia ręki kadry, a zachowujemy te, które przedstawiają jakąś piękną historię, dokumentują warte zapamiętania momenty lub są w stanie nas rozbawić. (…) Ratujemy przed zapomnieniem tylko niektóre chwile i zdecydowanie jest lepiej, kiedy jest wśród nich więcej tych radosnych niż tych smutnych”. Zastanawiam się czasem, na ile moja pamięć przeszłości jest wiarygodna. I dlaczego w stosunku do niektórych osób (na przykład byłymąż) pamiętam raczej te niezbyt miłe rzeczy, choć przecież i tyle dobrych wspomnień być powinno… Ta wybiórczość wspomnień nie jest całkiem dobra.

Uczucia i mówienie o nich- temat rzeka. W początkach związku miło jest o nich mówić i słyszeć, a w miarę upływu czasu- wiadomo, że są ,więc po co mówić o sprawach oczywistych. Tym bardziej, że nie są to już „motyle w brzuchu”, raczej leniwy kot, ułożony w jakimś ciepłym kącie. Poza tym- w miarę upływu czasu ważne są nie tylko słowa, ale działania, które często więcej mówią o uczuciach. Tyle tylko, że jeśli się o czymś nie mówi, to bywa, że się o tym zapomina. A dobrze byłoby też wiedzieć jak ta druga strona się zapatruje na dany problem. „Wiedziałem, że ją kocham. Nie mówiłem jej tego często, nie myślałem o tym wcale. Ale to było tak pewne, jak to, że oddycham. Stabilnie stąpaliśmy po naszej małżeńskiej drodze i w życiu bym nie wpadł na to, że tę drogę ona postrzegała jako ścieżkę wytyczona po ledwo zamarzniętej tafli jeziora”

„A może małżeństwo polega też na tym? By być we dwoje, ale nie zatracić siebie? By rozwijać swoje pasje, umieć samotnie spędzać czas i czerpać z tego przyjemność”. No właśnie- czy taka prawdziwa, najprawdziwsza miłość , fantastyczny związek, relacja głęboka i nierozerwalna- czy musi być tak, że te dwie osoby są ze sobą bez chwili oddechu, cały czas razem, jak papużki nierozłączki? Dobrze mieć kawałek prywatności, do której wpuszczamy innych tylko wtedy, kiedy sami tego chcemy. Dobrze jest odpocząć czasem od siebie, zatęsknić. W końcu każdy z nas jest indywidualnością, bytem samodzielnym, owszem, potrzebne jest współdziałanie, wsparcie, obecność, ale taka zdrowa samodzielność chyba też jest niezbędna do życia? Totalne uzależnienie od drugiej osoby w związku dobre nie jest, a kurczowe trzymanie się i spędzanie każdej wolnej chwili razem chyba też nie. A na pewno potrafi zmęczyć.

Wiem, że przeczytanie takiej książki nie zastąpi solidnej terapii małżeńskiej, ale ja akurat nie umiem się przełamać i bezpośrednio z kimś rozmawiać. Może dlatego, że trafić na naprawdę dobrego psychologa łatwo nie jest. Może z tej mojej nieufności do psychologii i terapii posypało się moje małżeństwo. A może po prostu tak miało być, bo oboje nie dorośliśmy do życia w akurat tym związku. Teraz byłymąż jest szczęśliwy w swoim nowym małżeństwie, może nie popełnia już swoich poprzednich błędów. A ja- niewykluczone, że też w końcu uda mi się spotkać kogoś, z kim spróbuję być według nieco lepszego wzorca. Odpuszczę w niektórych sprawach, będę bardziej konsekwentna albo mniej wymagająca. Kto wie?

Miało być o książce, wyszły rozważania o związkach. Dużo można by o tym pisać, na pewno nieco mniej chaotycznie. A książkę polecam dla ukojenia i jako plasterek na duszę