Purpurowe serca

O tym filmie czytałam już kilka razy na forach cukrzycowych, bo w tle opowieści jest cukrzyca. A cukrzycowe mamuśki są zakręcone na punkcie tematu i szukają go gdzie się da. Trochę się zastanawiałam, czy oglądać już teraz, po niedawnych emocjach z „Greenland”, ale Filip miał wolny wieczór i zasiedliśmy przed telewizorem.

Ten film to typowy melodramat. Cassie- młoda kelnerka i piosenkarka, choruje na cukrzycę. Pierwsze emocje- czuje się źle, mierzy sobie cukier, podaje insulinę zwykłą strzykawka insulinówką. Fiolka jest prawie pusta, a w aptece mówią jej, że receptę może zrealizować dopiero za kilka dni. Albo zapłacić kilkaset dolarów. I nic nie pomaga tłumaczenie, że bez insuliny umrze. Takie są realia ubezpieczenia i koniec. W barze, w którym pracuje, spotyka Luke’a, młodego żołnierza, który za chwilę ma wyjechać na wojnę do Iraku. Luke ma kłopoty finansowe, dług u dilera. Mimo braku porozumienia Cassie i Luke biorą ślub, ona- dla ubezpieczenia, on dla dodatków finansowych , które dzięki temu zyska. Wiedzą, że z punktu widzenia prawa to przestępstwo, ale ryzykują. Druga emocja- Cassie dostaje pompę, taka samą jak ma w tej chwili Filip. A trzecia- Luke zostaje w Iraku ranny, a mnie przed oczami stoi Mati, póki jest spokój, to może nic się nie stanie, ale kto wie, co będzie dalej?

Film jest przewidywalny, happy end oczywiście się zdarza, temat papierowego małżeństwa pokazywany był już w kilku innych filmach, nic nowego. Ale oglądało się dobrze, Filip też tak stwierdził. I jeszcze powiedział- że u nas jednak jest lepiej, łatwiej chorować. Fakt, nie wyobrażam sobie sytuacji, że brakuje mi insuliny i nie mogę jej kupić tyle, ile mi potrzeba