Po drugiej stronie lustra

Niestety przychodzi taki czas w życiu człowieka, że staje po drugiej stronie lustra (lub barykady) i zamienia się rolami. Czyli zamiast być tym, który leczy, jest tym, który z leczenia korzysta. On sam lub ktoś z bliskich. Z Filipem już od lat jesteśmy pacjentami, staram się uczyć go cierpliwości, bo młodemu czasem jej brakuje, zwłaszcza jak trzeba trochę poczekać na swoją kolej pod drzwiami gabinetu. Niedawno mieliśmy ostatnią wizytę w poradni diabetologicznej dla dzieci, kolejna będzie już w „dorosłej” poradni. Zmieni się tylko lokalizacja, bo nadal będziemy chodzić do tej samej pani profesor.

Rodzinę bliższą i dalszą leczę od dawna. Zwłaszcza szwagier ma osobliwą modę. Kończą mu się leki, więc zamiast zawczasu o to zadbać, dzwoni do mnie w ostatniej chwili. Już dwa razy trafiło mu się, że byłam akurat na urlopie, więc grzecznie przekierowałam go do poradni. Teściowa zresztą też pomija drogę formalną, ale ona przynajmniej robi to z wyprzedzeniem. Od kilku miesięcy z doskoku zajmuję się też mamą teściowej. Na razie babcia jest u niej przez 2 tygodnie, potem 2 tygodnie u drugiej córki, bo w rodzinnym domu została tylko synowa, która nie jest chętna do opieki nad coraz bardziej niesprawną babcią. Niedawno babcia obchodziła 96- te urodziny… Moi rodzice mają swoich lekarzy, ale i tak zazwyczaj konsultują ze mną wszystkie terapie, badania itp. Od kilku miesięcy zwłaszcza mama, bo dokucza jej mocno kolano, biodro i kręgosłup. Kiedy jej miejscowy ortopeda stwierdził, że biodro jest do wymiany, mama nieco spanikowała. A że mam kolegę z roku, dość dobrego ortopedę, który już kilka lat temu poratował jej kolano, poprosiła o jeszcze jedną konsultację. Po obejrzeniu zdjęć kolega stwierdził, że do operacji biodra to wskazań nie ma (moim okiem laika też to widziałam), ale może spróbować podać do kolana kwas hialuronowy, a biodro i kręgosłup poostrzykiwać kolagenem. Trochę to kosztuje, tym bardziej, że mama uparła się na wizyty prywatne u kolegi (bo nie chce mieć żadnych długów wdzięczności). Jedna wizyta za nami, podobno jest ciut lepiej, ale w międzyczasie mama złamała rękę… I rozpacza, że skoro jest ledwie po 70-ce, a już mam z nią tyle problemów, to co będzie później? Któż to wie? Ale póki jestem w stanie coś pomóc, to staram się

Ja ogólnie jestem zdrowa. Z 10 lat temu powalczyłam trochę z nadczynnością tarczycy, ale teraz jest ok. Złamań nie liczę, bo to nie choroba, a wypadek. Natomiast próbuję pilnować badań profilaktycznych, nie są one może tak idealnie terminowo, jak są zalecane, ale przynajmniej są. No i ostatnio ginekolog lekko mnie zmartwił, bo po wizycie dostałam skierowanie do szpitala w celu dalszej diagnostyki. Na dodatek w krótkotrwałym znieczuleniu ogólnym. I to mnie najbardziej stresowało- chwilowa utrata świadomości i brak kontroli. Jak to przeżyć? Przeżyłam. Choć dziwne to uczucie. Po porannej dawce relanium (pierwszy raz w życiu łykałam jakikolwiek psychotrop) zamuliło mnie dość szybko. Na bloku operacyjnym odleciałam w sekundę po podaniu leku dożylnie. A obudziłam się równie szybko już na sali. Około pół godziny wyjęte z życiorysu. Mam nadzieję, że nie narozrabiałam nic w tym czasie. Cóż, jakoś przetrwałam ten pobyt w szpitalu. Błogosławiąc nową pompę, bo w miarę spokojnie mogłam zostawić Filipa samego w domu, nie angażując kogoś z rodziny na wszelki wypadek.

Z sytuacji lekko śmiesznych- młodziutka pielęgniarka usiłuje pobrać mi krew, żyły marne, dziewczyna się stresuje, ale się udało. Po godzinie informacja z laboratorium, że coś tam do powtórki. Pielęgniarka przychodzi już na salę, gdzie jestem bez maseczki i nagle ją olśniło- „ja chodziłam do pani do przychodni jak byłam dzieckiem!”. Pośmiałam się, że jestem już taaaka stara…