Dom nad błękitnym morzem

Gdzieś tam wpadły mi w oczy zachwyty nad tą książką. Nawet jakaś recenzja mignęła. W większości to były „ochy” i „achy”, więc uznałam, że może warto przeczytać. Przeczytałam. I mam lekko mieszane uczucia. Bo sama idea książki jest bardzo szlachetna i pozytywna. O tolerancji, zrozumieniu, o możliwościach człowieka, o odwadze do zmieniania świata i siebie, o pokonywaniu uprzedzeń i barier. Jest kilka mądrych zdań i złotych myśli, na przykład:

„Jesteśmy, kim jesteśmy, nie dlatego, że się tacy urodziliśmy, tylko dzięki temu, co zdecydujemy się zrobić ze swoim życiem.”

„Świat lubi postrzegać wszystko jako czarno albo białe, moralne albo niemoralne. Ale między nimi są odcienie szarości. A to, że ktoś jest zdolny do nikczemnych uczynków, nie oznacza, że będzie je popełniał.”

„Strach i nienawiść biorą się z braku zrozumienia.”

I tu zastrzeżeń nie mam. Książka opowiada o Linusie Bakerze, inspektorze pracującym w Wydziale Nadzoru nad Magicznymi Nieletnimi. Pierwsze moje wrażenie było- O! Może to coś w stylu Harry’ego Pottera. Potem było inaczej. Linus jest samotnym 40- latkiem z nadwagą, gejem, mieszka sam z kotką Kaliope, w pracy jest raczej szykanowany niż doceniamy, ale jest solidny, ma w sobie otwartość i dużo uczciwości. Niespodziewanie zostaje wysłany na bardzo tajną inspekcję do jednego z sierocińców na dalekiej wyspie. W sierocińcu poznaje gnomkę Talię, nimfę Phee, galaretowatego potwora Chauncey’a, zmiennokształtnego Sala, wiwernę Teodora i sześcioletniego chłopaczka o damskim imieniu Lucy, w rzeczywistości skrót od Lucyfera, a będącym synem samego Szatana. Dziećmi opiekuje się Arthur Parnassus z pomocą nimfy Zoe. A Linus musi ocenić jak funkcjonuje ten sierociniec, bo magiczne dzieci budzą niepokój- mogą być niebezpieczne dla całego świata, zwłaszcza Lucy- jako teoretyczny Antychryst. Oczywiście nic nie jest takie jakie się na początku wydaje.

Byłoby idealnie. Ale… Jak dla mnie styl pisania jest zbyt poprawny i nieco infantylny. Czasem w książce bardzo poprawnie zbudowane zdania nie rażą, ale tu są zbyt poprawne, jakby tłumaczenie było sztywne, gładkie, kojarzy mi się z bardzo angielskim dżentelmenem w meloniku z laseczką i surducie. Za mało życia, spontaniczności. Choć jedno zaskoczenie przeżyłam- watek rozwijającego się zauroczenia i miłości między Linusem a Arthurem. Cóż- miłość jednopłciowa raczej w tego typu literaturze jest rzadko spotykana, ale tu zostało to opisane bardzo ładnie i z wyczuciem.

Ogólnie rzecz biorąc- po przeczytaniu książki jestem zadowolona w połowie. Mogę oczywiście zrozumieć wszystkie zachwyty, ale sama aż tak bardzo się nad nią nie rozpływam. Do kanonu lektur dla dzieci i młodzieży w obowiązującej rzeczywistości książka raczej nie ma szans trafić, a w sumie szkoda