Spokojna spacerowa niedziela

Dawno nie spacerowałam. Bo większość wolnego czasu jeśli była odpowiednia pogoda spędzałam na działce. A dziś była odpowiednia jesienna pogoda na spacer. Idealna temperatura, może słońca mogłoby być więcej, ale nie ma co marudzić, trzeba cieszyć się z tego co jest. Spacer był tradycyjną trasą- 8 km, po lesie, wzdłuż brzegu jeziora. Jeszcze jest głównie zielono, miejscami gęstwina, jakby dawno nikt tamtędy nie chodził, ale zaczynają nieśmiało pojawiać się jesienne kolory.

A więc jesień wybuchnie kolorami już za moment… A jutro pora wrócić do rzeczywistości. Covidowe perypetie chyba są już zakończone. Nadal się głowię, kto był tym pierwotnym źródłem, Filip czy może jednak Mati nam go przywiózł? Bo ja raczej nie. Mój test był dodatni dopiero dzień po Filipie. Ale zero objawów, poza kaszlem, który był już wcześniej. Mati nie miał żadnych objawów nawet przez moment. Zaraz potem zachorował Kuba i cała jego rodzina, nawet Jasiek przez dwa dni gorączkował i nadal jest dość marudny. Moi rodzice zdrowi, teściowa i szwagier też. Z jednej strony dobrze, że ta paskuda odpuszcza, w zasadzie gdyby nie testy, to nie dałoby się odróżnić od innych przeziębień, a z drugiej strony- ciągle mam w pamięci, jak bardzo mnie skrzywdziła niemal rok temu. I chwilami mimo wszystko na serio się boję, że znów może się wydarzyć coś równie nieprzewidzianego. Bo co z tego, że wirus złagodniał, nie zabija tak szybko, ale jednak nie do końca go znamy i nie wiemy czy nie zrobi jakiegoś psikusa…

A połączenie spaceru, wirusa i wspomnień nie jest najlepsza mieszanką. Smutno mi się zrobiło…