Źle

To był ciężki tydzień z małym przerywnikiem na weekend. Wydawało mi się, że gorzej nie będzie, skoro udało mi się ogarnąć wszystkie zaległości, które wykluły się w trakcie mojej izolacji- fryzjer, dentysta, zaopatrzenie domowe. W międzyczasie pochorowała mi się Cola- powtórka z sierpnia, wymioty, osłabła, nie jadła, nie piła, przewracała się przy chodzeniu. Przez kilka dni codziennie weterynarz, kroplówka, zastrzyki. Wczoraj już było znacznie lepiej, nawet miała siłę wskoczyć na stół i ściągnąć Filipowi z talerza frytkę (bo lubi), czyli i tym razem się wylizała. Co prawda wielkich złudzeń nie mam, bo widać, że nie jest to stan idący w dobrym kierunku, ale przynajmniej je, chodzi, nie cierpi. Do następnego razu…

Z moim Ktosiem też wyglądało, że jest ciut lepiej, a przynajmniej stabilnie. Podrzuciłam mu do szpitala rzeczy o które prosił, nawet zachciało mu się trochę słodyczy. Lekarz z oddziału mówił, że stan nadal poważny, ale z maleńkim optymizmem. A dziś rano zadzwoniła pielęgniarka z chirurgii z prośbą o kontakt z lekarzem. Nieco się zdziwiłam, że z chirurgii, bo przecież był na internie, ale nie chciała nic więcej powiedzieć. Okazało się, że w nocy stan nagle się pogorszył, wystąpiła odma, chirurdzy owszem odbarczyli, ale saturacja spadła do 70% i został przekazany na OIOM pod respirator. Na razie nic więcej nie wiadomo. Jestem w kropce. Nic nie mogę zrobić, została modlitwa i wiara, że Ktoś jednak chce żyć i do mnie wrócić. Bezsilność jest straszna.

Nie wiem czy powinnam to pisać, ale gdzieś wygadać się musiałam. Moi chłopcy mnie wspierają, ale dla nich to w sumie obcy człowiek. Moi rodzice mają stosunek ambiwalentny, zwłaszcza mama. Nie dzwoniła do mnie już kilka dni, w rozmowach tematu Ktosia nie poruszamy, bo poglądy mojej mamy na związki porozwodowe są wybitnie „na nie” i chyba jest lekko obrażona. Rodzeństwo daleko i ma swoje problemy. Rodzina Ktosia- braci i syna poinformowałam, ale cóż, też są daleko i mimo całej troski nie znamy się aż tak bardzo. Okropnie mi jest. Dotychczas pocieszałam ludzi w podobnych sytuacjach. Rozumiem, że taka jest kolej rzeczy, potrafię sobie wytłumaczyć i zracjonalizować, ale boli, po prostu boli. I nie ma co gdybać, że może wcześniej trzeba było do szpitala, że może trzeba było amantadynę, że może jeszcze coś innego. Niestety nie da się przewidzieć, to cholerstwo jest jak bomba z opóźnionym zapłonem, mina, która wybucha nie wiadomo kiedy i dlaczego. Ktoś jest tylko jednostką w tych statystykach podawanych codziennie. Dla mnie jest bardzo ważny i nie chciałabym go stracić.

Nie jest mi lżej, nawet po wygadaniu się, pewnie przez najbliższe dni mnie tu nie będzie. Wyłączę też możliwość komentowania (chyba że mi się nie uda), wybaczcie, ale nie dam rady inaczej. Wierzę, że osoby mi życzliwe będą trzymać kciuki, za co dziękuję. Kiedyś tam wrócę, jak już będzie lepiej