Za dobrze

Spało mi się za dobrze tej nocy. Właściwie to od północy. Wieczorem zaczęłam czytanie książki, o której nie chce na razie wspominać, bo po kilkudziesięciu stronach jestem głęboko zniesmaczona, i chyba to mnie tak uśpiło. Mały przerywnik na ratowanie Coli- po kilku miesiącach względnego spokoju, dobrego apetytu i zupełnie niezłej formy znów zaczęły się wymioty, w środku nocy próbowała wstać, ale biedna nie miała siły, przewracała się. Akurat spała w pokoju u Filipa, więc obudziło mnie szamotanie młodego, który usiłował pomóc kotu. Ułożyliśmy ją wygodnie, ugłaskaliśmy i dalej spać. Cukier o dziwo w nocy mnie nie alarmował, wiedziałam że od rana będzie sporo zajęć i napięty grafik, więc korzystałam ile wlezie z możliwości w miarę spokojnego snu. A rano obudziłam się i stwierdziłam, że jest dziwnie jasno. Cóż, o 7.25 ma prawo. Do pracy miałam na późniejsza godzinę, więc dla mnie to nie problem, ale Filip do szkoły na ósmą. Sprintem się udało wszystko ogarnąć, jedynie po szybkim śniadaniu cukier poszybował zbyt mocno do góry. Ja pozałatwiałam wszystkie (no, prawie) zaplanowane rzeczy, nawet z lekkim zapasem czasowym. W pracy jak to w poniedziałek, trudno ogarnąć, tym bardziej, że chwilami bezsilność i bezradność odbiera resztki entuzjazmu.

Największym kuriozum był dziś młodzieniec tak koło lat dwudziestu. Wpadł około 15 z pytaniem czy jest możliwość, żeby jakiś lekarz wypisał mu antybiotyk na grypę. Nie, nie chce wizyty, chce tylko receptę. Pielęgniarka w rejestracji zrobiła krótki wywiad epidemiologiczny, zaproponowała mu godzinę wizyty, poprosiła, żeby przyszedł 5 minut wcześniej, żeby zrobić mu test. Młodzieniec zakręcił się i wyszedł fukając. Godzinę później wpadła pewna pani, grzecznie poprosiła, czy może o coś mnie zapytać. Owszem, słucham- no więc czy przyjmę prywatnie jej syna (owego młodzieńca), żeby mu wypisać antybiotyk bez tych wszystkich cyrków z testami, bo on nie ma czasu i musi chodzić do pracy. Opadło mi wszystko. Równie grzecznie odpowiedziałam, że zapraszam na normalną wizytę, nie prowadzę praktyki prywatnej, pacjent zostanie zbadany, jeśli będą wskazania zrobimy test, a leczenie zaordynuję w zależności od tego, co jest potrzebne w danym wypadku. Drzwi omal nie wypadły z futryny. Nie łudzę się ani trochę, że młodzieniec przyjdzie na wizytę. Jeśli nie znajdzie „dobrego lekarza- złotej rybki”, która spełni jego życzenie, to ubłaga w którejś z aptek wydanie antybiotyku według swojego widzimisię (ostatnio popularna jest azytromycyna, zwłaszcza na COVID)- dziś miałam 3 teleporady tylko w celu wystawienia recepty na to cudo farmakologii- bo pacjent lek już ma, tylko receptę musi donieść. Zawsze wydawało mi się, że kolejność leczenia jest inna. I naprawdę nie ma tu nic do rzeczy dostępność do lekarza. Nie chcę przekonywać nieprzekonanych i wiedzących lepiej, ale nie bardzo rozumiem takie postępowanie.