Międzynarodowy Dzień Pisarzy

3 marca - Międzynarodowy Dzień Pisarzy - Wrota Podlasia

Niechcący się dowiedziałam, że bardzo przyjemne dziś mamy święto- ku czci i chwale tych wszystkich, którzy dają nam tyle rozrywki i pozytywnych wzruszeń. Ustanowiony został w w 1984 roku w celu promowania literatury i obrony wolności słowa. Przy okazji święta i po komentarzu pod moim wczorajszym wpisem zaczęłam zastanawiać się jak to jest z moimi ulubionymi pisarzami. Otóż zasadniczo jest tak, że jeśli jakiś/ jakaś mi się spodoba, to zostaję jego/jej wierną fanką niezależnie od wszystkiego. Wydaje mi się, że winne są jakieś dziwne wibracje czy fluidy. Jeżeli styl autora mi się podoba, sposób budowania zdań, układania słów jest kompatybilny z moim poczuciem poprawności literackiej, to nie ma siły. Jak to kiedyś usłyszałam o jednym z pisarzy (również moim ulubionym)- nawet gdyby napisał paragon, to i tak bym się zachwycała. To jest po prostu rodzaj chemii. Nie potrafię być obiektywna w stosunku do kogoś, kogo uważam za „swojego ulubionego”. Nawet jeśli przytrafi się nieco gorsza pozycja- trudno, wybaczam i nie rozpaczam, każdy ma prawo mieć gorszy dzień. Ale dotychczas i tak nie zdarzyło mi się nie zachwycić choć odrobinę, zawsze znajdowałam coś wyjątkowego w takich książkach. No niestety, tak mam i koniec, zaślepiona i nieobiektywna jestem. Na szczęście nie wmawiam innym czytelnikom (albo tylko tak mi się wydaje), że to co ja lubię to i oni powinni. Każdy ma prawo do własnego zdania, do własnych upodobań. No właśnie- ciekawa jestem co Was zachwyca?

Bo u mnie to jest tak- nie potrafię powiedzieć, kto z pisarzy jest takim najpierwszym numerem 1. Zależy od gatunku literackiego, trochę od płci, trochę od narodowości. W poezji niekwestionowanym królem na zawsze był, jest i będzie Gałczyński, dalsze miejsca to na pewno Poświatowska, Pawlikowska- Jasnorzewska, Asnyk, Tuwim, Stachura, z zagranicznych- trochę skromniej- Cwietajewa, Achmatowa, Okudżawa i Wysocki (oj, sami Rosjanie, ale to chyba wpływ mojej nauczycielki rosyjskiego w liceum). O dramatach za wiele nie powiem, bo to powinno się raczej oglądać w teatrze niż czytać, ale Szekspira sporo czytałam w przeszłości. Z literatury dziecięco- młodzieżowej w latach przeszłych, ale lubiane do dzisiaj- Musierowicz, L.M. Montgomery, Eleanor H.Porter, czyli wszystko to, co zazwyczaj lubią panienki. Kochałam też Karola Maya, Szklarskiego i Nienackiego. W czasach wczesnostudenckich polowałam na każdą książkę Whartona i Carolla, wtedy też trafiłam na fantastykę, zaczęłam od Philip K.Dicka i Franka Herberta oraz Ursuli Le Guin.

Zawsze czytałam dużo i niestety szybko, połykałam książki i w głowie mi się nie mieściło, że może istnieć cos takiego jak e- booki. Z własną siostrą toczyłam boje, że to „coś” nie powinno się nazywać książką, wtedy jeszcze miałam w sobie zadatki na fanatyka, na szczęście w porę się opamiętałam. A potem przyszedł rok chyba 2014 lub może 2015. Coś mnie podkusiło i dostałam na telefon e-booka „Motylek” Puzyńskiej. Wtedy nie dość, że zachwyciłam się samą autorką, to jeszcze przekonałam się do e-booków. A kiedy wkrótce potem odkryłam Legimi- przepadłam. Niegdyś czytałam dużo. Teraz zdarza się, że czytam nałogowo i zachłannie.

Ale miało być o moich ulubionych pisarzach obecnie. Zacznijmy od kryminałów na poważnie. Właśnie Puzyńska jest moim numerem 1 wśród polskich autorek, jeśli chodzi o panów to lekko się waham między Ćwirlejem a Krajewskim. Kryminały na mniej poważnie- kiedyś powiedziałabym, że tylko Chmielewska, teraz jest jeszcze Marta Matyszczak, Alek Rogoziński. Z pisarzy zagranicznych- niekwestionowane podium to Jo Nesbo i Marinina. Następna kategoria- sagi. Po polsku oczywiście Joanna Jax, zagranica to Jeffrey Archer. Inne powieści (tak po prostu inne)- Magdalena Witkiewicz oraz Haruki Murakami. Fantastyka, choć może jednak bardziej fantasy- na pewno i bezapelacyjnie Trudi Canavan, a po polsku wśród pań Aneta Jadowska, a panów lubię dwóch, prawie tak samo- Pilipiuk i Piekara. A potem mogłabym wymieniać i wymieniać niemal bez końca. Oczywiście to jest mój ranking subiektywny i na pewno gdybym zdecydowała się na przyznawanie miejsc ex aequo, to byłoby tych nazwisk więcej.

Jest też spore grono bardzo sławnych lub głośnych autorów, co do których- mimo niewątpliwego uznania dla ich twórczości- bardzo ciężko mi się przekonać. Czytuję pojedyncze powieści, nawet mi się podobają, ale jednak nie wciągają tak jak inni. Zawsze mam jakieś opory. Są też tacy, po których twórczość jeszcze nie sięgnęłam, choć wiem, że to w końcu nastąpi i wtedy prawdopodobnie rozkocham się na zabój, ale widocznie to jeszcze nie ich pora. Natomiast zupełni nie daję rady czytać, wręcz odrzuca mnie od romansideł. Dawno, dawno temu czytałam Rodziewiczównę, och, ileż łez przy tym popłynęło… Zdarzyło mi się w czasach późnonastoletnich sięgnąć ukradkiem po Harlequiny, choć po którymś kolejnym w tym samym schemacie jakoś niekoniecznie dobrze się czułam. W czasach obecnych wszystkie te „słynne” twarze Grey’a czy inne 365 dni- no niestety nie mogę, ani czytać, ani oglądać. A kiedy na Legimi widzę kolejną okładkę z roznegliżowaną lub całującą się parą, na dodatek z czymś gangsterskim w tytule- bleeeeee!!! Ale chyba nic nie tracę.

Natomiast pisząc te słowa straciłam garnek i jutrzejszy obiad. Wstawiłam do gotowania fasolę (na fasolkę po bretońsku) i tak zapamiętałam się w pisaniu, że dopiero zapach spalenizny przywrócił mnie do świata żywych. Ponieważ węch mam nadal znacznie przytępiony (chłopaki też), to obawiam się, że inni znacznie bardziej odczuwają organoleptycznie moje zamyślenie. Na szczęście obyło się bez kłębów dymu i straży pożarnej, ale straty jednak są. I muszę wymyślić coś innego na obiad.