Idealna niedziela na spacer

Pogoda- zimowe marzenie. Temperatura na lekkim minusie, nawet nie dało się za mocno zmarznąć. Słońce od rana, kilka chmurek na błękitnym niebie, bez wiatru. I już nie było wymówek, że się nie chce, że to czy tamto. Pewnie, że samej się nie chciało wychodzić z domu i łazić bez celu… Ale czasem jest wyższa konieczność. Konieczność rozruszania się, dotlenienia, odreagowania. W towarzystwie byłoby milej, ale nie można mieć wszystkiego. Za to było naprawdę pięknie

Prognozy pogody na najbliższe dni już nie są tak optymistyczne, jeszcze jutro do wczesnego popołudnia ma być podobnie, a potem śnieg, śnieg z deszczem, przelotne opady śniegu, w nocy lekki minus, w ciągu dnia lekki plus. Nie będzie dobrze, tym bardziej, że czekają mnie dwie wycieczki do miasta wojewódzkiego, pierwsza już we wtorek na wizytę u diabetologa (poprzednia trzy miesiące temu była na telefon z powodu COVID-a), tym razem muszę pojechać, bo jest sporo spraw do załatwienia, a w drodze powrotnej zajedziemy do moich rodziców, bo traf chciał, że mama akurat na ten dzień zamówiła mszę w mojej intencji (urodzinowy prezent). A druga tydzień później- od szefowej dostałam w również urodzinowym prezencie dwa bilety do Opery na Koncert Noworoczny. Opłakałam ten prezent, bo przecież bilety są dwa, a ja sama, ale odwdzięczę się mamie i zabiorę ja na ten koncert, bo bardzo lubi takie rozrywki. Mam tylko nadzieję, że nie odbije się to nam COVID-ową czkawką, ale nie da się całe życie siedzieć w zamknięciu i bać się wszystkiego. Przynajmniej ja tak nie chcę.

A po spacerze w ramach uzupełnienia straconych kalorii (podobno zużyłam 267), kubek gorącej czekolady (tylko 240 kalorii), najcieplejszy kocyk i mruczący kot. A zaraz potem kolorowy zachód słońca

Przyroda jest jednak niesamowita… Od jutra znów praca na bardzo zwiększonych obrotach. Do tego od jakiegoś czasu coraz bardziej doskwiera mi ból pleców, najprawdopodobniej z zasiedzenia i niezbyt wygodnego fotela w pracy. Na zasiedzenie rada jest jedna- nieco więcej ruchu, nawet jeśli kusi kolejna książka albo brak jest chęci, nie ma zmiłuj, trzeba się ruszyć. Fotel w pracy mam ten sam od kilku lat, do tej pory jakoś mnie nie męczył, ale ostatnio nie wiem czemu coraz gorzej mi się na nim siedzi. Nowy zamówiony, ale zanim dotrze, muszę jakoś wytrzymać. Trochę mnie to niepokoi, bo naprawdę nie widzę powodu, dlaczego akurat teraz zaczyna mi dokuczać coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca i to tak samo z siebie. No dobra, za mało ruchu i dużo siedzenia to może być powód, ale żeby aż tak?