Co ma przeminąć, to przeminie

Niby stara prawda, bo nic nie jest wieczne („Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija”). W momencie, kiedy coś złego się dzieje i świat niemal dosłownie wali się na głowę, wydaje się, że potłuczonego i rozwalonego życia nie da się pozbierać. A potem mija jeden dzień, drugi, trzeci… Jakoś rozplątują się wszystkie pogmatwane sznureczki za które pociąga los. Tak mi się zdarzyło właśnie dwa lata temu.

https://terazjestinaczej.home.blog/2019/10/19/ktos-na-gorze-mnie-nie-lubi/

https://terazjestinaczej.home.blog/2019/10/20/jednoreki-bandyta/

Wtedy myślałam, że to katastrofa, z której długo nie będę mogła się pozbierać. Fakt, trochę to trwało. Nie minęło też do końca, ręka nie jest całkiem sprawna mimo żmudnej i bolesnej rehabilitacji. Ale udało się zrobić nawet znacznie więcej niż początkowo przypuszczali ortopedzi, bo perspektywy były nieciekawe. Chwała Panu Januszowi, który nie zważał na moje łzy i robił co trzeba. Do tego ten wypadek trochę poprzestawiał mi myślenie, priorytety, cele. Pokazał na kogo i w jakim stopniu mogę liczyć. Uporządkował chaos w moim życiu. Pomógł podjąć decyzje, które ciągle odwlekałam. Na szczęście nie była to śmiertelna choroba, która zostawia mi perspektywę określonego czasu do końca i potem już będzie tylko wielkie NIC. Jakoś tak czasem nachodzi mnie strach, przed tymi groźnymi ewentualnościami. Nie wszystko da się w życiu zaplanować, przewidzieć, nie przed wszystkim da się uchronić.