Jestem

I przepraszam, że się nie odzywałam. Nie dlatego, że coś złego się dzieje, wręcz przeciwnie. Od czasu ostatniego wpisu jakoś nie mogłam się pozbierać z myślami, czasu było nie za wiele, wiec nie udawało mi się stworzyć nic nowego, choć działo się sporo. A potem z dnia na dzień odkładałam pisanie i jakoś tak szło…W chwili obecnej jestem w takim punkcie, że nie wiem, czy chce mi się cokolwiek w kwestii blogowania. Chyba muszę zmienić formułę. Sama nie wiem. A ponieważ czas jest niekoniecznie sprzyjający, to odwlekam to w czasie.

Nie jestem w stanie opisywać co się dzieje w kwestii wirusowej. A przynajmniej nie na forum publicznym. Tak samo nie do końca jestem w stanie pisać na inne tematy. Wokół mnie jest wielka dziura, która wysysa całą energię. Żyję z dnia na dzień. I chyba jeszcze dość długo tak będzie.

Bardzo mi miło, że tak się o mnie martwicie. Jeżeli ktoś ma ochotę na dalszy kontakt- to na razie tylko w wiadomościach prywatnych, na pewno odpowiem. Zaglądam na Wasze blogi, czasem coś tam skomentuję, ale nie zawsze mi się udaje. Czyli na razie znikam na trochę, może nawet na dłużej niż trochę. W sumie żałuję, nie miałam tego w planach, przecież niedawno cieszyłam się, że tak dobrze mi się pisze, ale jakoś tak wyszło.

Dziękuję Wam, Kochani. Może za jakiś czas wrócę, może odezwę się słówkiem w międzyczasie. Trzymajcie się w tym trudnym czasie zdrowo.

Życiowe ADHD

Z Wikipedii- zespół neurorozwojowych zaburzeń psychicznych objawiający się znacznymi problemami z funkcjami wykonawczymi (np. kontrolą uwagi i kontrolą hamującą) powodujący niewspółmierne do wieku dotkniętej nimi osoby deficyty uwagi, hiperaktywność, nadpobudliwość ruchową lub impulsywność). Osoby dotknięte zaburzeniami z grupy ADHD często wykazują się brakiem wytrwałości w realizacji zadań wymagających zaangażowania poznawczego, tendencją do przechodzenia od jednej aktywności do drugiej bez ukończenia żadnej z nich oraz zdezorganizowaną, słabo kontrolowaną, nadmierną aktywnością.

To ja czasami tak mam. Nie tylko w jednej sferze życia, ale w wielu. Rzucam się na różne sprawy z nienasyceniem, chcę wszystko jednocześnie, czuję głód i niedosyt. A jednocześnie nie jestem w stanie tego ogarnąć, bo po prostu za dużo wszystkiego naraz się zbiera. Niby zwolniłam, mniej pracuję, więcej odpoczywam, ale mimo to czasu nadal nie ma za wiele. Łapię się na tym, że robię rzeczy zupełnie niepotrzebne, tracę ten cenny czas na coś, co wcale nie daje satysfakcji. Żałuję potem- niestety dopiero potem.

Jak uspokoić to swoje rozedrganie? Nie wiem. Nie wiem czy chcę. Bo ten stan, ta faza niemal maniakalna, po dość długim czasie wyciszenia, wręcz wegetacji na poziomie minimalnej aktywności wcale nie jest taka zła. Dzień coraz dłuższy, czasem nawet zaświeci słońce, więcej się chce, więcej można. Tylko nie zawsze się da. A się chce i planuje, zamierza, zaklina rzeczywistość, żeby zechciała choć odrobinę się nagiąć do napiętego grafiku. Z czegoś warto by zrezygnować, ale wszystko takie ważne, takie potrzebne. Co gorsza jeszcze wiele innych spraw nawet nie w sferze planów, a równie pilnych i niezbędnych. Na trzy życia co najmniej by wystarczyło. A ja mam tylko jedno. Na dodatek coraz częściej sobie uświadamiam, że właściwie to „większa połowa” już za mną. Kiedy zdążyć z tym wszystkim, na co mam taki apetyt?

Ukradziony sen

To jest trzeci w kolejności tom o Anastazji Kamieńskiej. Czyli z czasów, o których najlepiej się czyta. Zagadka kryminalna taka jak trzeba, miejscami skomplikowana, miejscami autorka sama naprowadza nas na rozwiązanie, ale i tak okazuje się ono niekoniecznie takie, jak nam się na początku wydawało. Oprócz wątku śledztwa jest też o korupcji w milicji, zdradach szlachetnych ideałów- tu bywa nieco naiwnie i nierealnie, jak na nasze warunki, w Rosji oczywiście mogło być inaczej. Ale mimo niektórych zbyt długich opisów Marinina jest dla mnie jedną z najlepszych autorek kryminałów. Mam jeszcze kilka jej książek do przeczytania, luty będzie więc pod znakiem rosyjskich kryminałów

Przekornie

Dziś oczywiście królują Walentynki we wszystkich formach i odmianach. Oraz część tych, co to mówią, że to nie nasza tradycja i w związku z tym obchodzić tego święta nie będą. Każdy ma prawo do własnego zdania i spędzenia dzisiejszego dnia jak chce. Osobiście wolę, kiedy Walentynki z miłymi gestami, wyrażającymi miłość lub podobne uczucie, trwają cały czas. Smutno mi się robi, kiedy ktoś w sumie bliski przez większość dni nie umie tego uczucia okazać, a nagle przynosi kwiatka lub czekoladki i wydaje mu się, że to ma załatwić pozostałe chwile bez ciepła, bez miłości. Owszem, gest i pamięć są ważne, ale mimo wszystko nie tego bym oczekiwała.

Tak więc, ponieważ większość w jakiś sposób dzisiejszy dzień świętuje, to tym wszystkim zakochanym – w przeszłości, obecnie i w przyszłości życzę, aby to uczucie było piękne, uskrzydlające i dające szczęście. Tym, którzy zakochani są nieszczęśliwie lub bez wzajemności- żeby wszelkie problemy rozwiązały się jak najkorzystniej. Tym, którzy ani myślą się zakochiwać- żeby byli w tym stanie równie szczęśliwi i żeby wszelkie endorfiny pomagały im patrzeć na świat z miłością.

A sobie- życzę żeby nie było gorzej niż teraz. Jeśli będzie lepiej, to tylko się ucieszę. Dziś mam dzień z najnowszą płytą Cohena „Thanks for the Dance”. Ta piosenka chyba najbardziej pasuje mi do dzisiejszego dnia.

I loved your face I loved your hair
Your t-shirts and your evening-wear
As for the world the job the war
I ditched them all to love you more

And now you’re gone, now you’re gone
As if there ever was a you
Who broke the heart and made it new
Who’s moving on, who’s kiddin’ who?

I loved your moods I love the way
They threaten every single day
Your beauty ruled me though I knew
Twas more hormonal than the view

Now you’re gone, now you’re gone
As if there ever was a you
Queen of lilac, queen of blue
Who’s moving on, who’s kiddin’ who?

I loved your face I loved your hair
Your t-shirts and your evening-wear
As for the world the job the war
I ditched them all to love you more

And now you’re gone, now you’re gone
As if there ever was a you
Who held me dyin’ pulled me through
Who’s moving on, who’s kiddin’ who?

Kochałem twą twarz, kochałem włosy
T-shirty i strój wieczorowy
Tak jak świat, wojnę, pracę
Rzuciłem wszystko, by kochać cię bardziej

A teraz cię nie ma, odeszłaś
Tak jakbyś kiedykolwiek była
Tą która złamała serce i naprawiła
Kto idzie dalej, a kto żartuje?

Kochałem twe nastroje i sposób W jaki zagrażały naszej codzienności
Byłem pod władaniem twego piękna, choć wiedziałem
Że to bardziej hormony aniżeli widok

A teraz cię nie ma, odeszłaś
Tak jakbyś kiedykolwiek była
Królową bzu, królową błękitu
Kto idzie dalej, a kto żartuje?

Kochałem twą twarz, kochałem włosy
T-shirty i strój wieczorowy
Tak jak świat, wojnę, pracę
Rzuciłem wszystko, by kochać cię bardziej

A teraz cię nie ma, odeszłaś
Tak jakbyś kiedykolwiek była
Tą która podtrzymywała mnie umierającego i uzdrawiała
Kto idzie dalej, a kto żartuje?

Gapa

Jak zwykle po czasie. Wpis o rocznicy blogowej był kilka dni temu, dostałam od Was tyle miłych słów w komentarzach, ale nie zdążyłam w porę na nie odpowiedzieć, a po tych kilku dniach to już nie to samo, co na bieżąco. Więc bardzo przepraszam i teraz hurtowo- wszystkim razem i każdemu z osobna dziękuję za Waszą obecność przez te wszystkie lata, cieszę się, że trafiają tu nowe osoby, każdego chętnie witam. Jak również sama chętnie do Was zaglądam. I tu rodzi się kolejny problem- mimo że na Waszych blogach bywam regularnie i z niecierpliwością czekam na każdy nowy wpis, to często te wizyty są w tak zwanym międzyczasie- czyli przeczytam na telefonie w chwili przerwy, mam zamiar skomentować, ale zanim mi się myśli ułożą, to przerwa mija, a kolejna jest znacznie później i te niby poukładane myśli są już nieaktualne. Aż mi czasem wstyd, że Wy do mnie zaglądacie, komentujecie czy choćby zostawiacie ślad w postaci „polubień”, a ja nic. Najbardziej mi przykro jeśli chodzi o te nieszczęsne „polubienia”- już kiedyś pisałam, że nie mogę się do nich przekonać, tak jak i na Facebooku zresztą. Wiem jak to działa, ale mam opory, choć i tak już coraz mniejsze.

Znów zboczyłam z tematu. A miały być tylko podziękowania. Więc żeby nie przedłużać- jeszcze raz dziękuję, że jesteście, czytacie, wspieracie. Dzięki Wam pisanie ma sens

Wieczny odpoczynek

Jakoś miałam niewielką przerwę w czytaniu, ale już nadrabiam. Przerwa była trochę z przesytu, trochę z powodu innych zajęć i zmęczenia z nimi związanego, trochę przez Legimi, które uznało, że mój abonament się wyczerpał i musiałam od nowa go aktywować, a mimo że to tylko kilka kliknięć, to jakoś nie mogłam się zebrać. Ale już się naprawiłam. Na pierwszy rzut poszła Marinina. Ostatnio miałam z nią mały problem, bo poprzednie książki czytało się ciężko. Ta akurat jest taka jak potrzeba. Nastia Kamieńska jeszcze nie na emeryturze, ale już nie w policji, śledztwo niezbyt zagmatwane, choć kilka wątków pozornie ze sobą nie związanych ładnie w końcówce się połączy. Może trochę zbyt szybko zgadłam kto i dlaczego, ale sam proces wyjaśniania zbrodni też był ciekawy. Mimo że język i wypowiedzi bohaterów bywają dziwaczne , zachowanie naiwne i pozbawione sensu, często zdarzają się górnolotne filozofowania o ludzkiej naturze, a wszystko to trąci nadal nieco sowiecką mentalnością, to nic nie poradzę, że Marinina jest u mnie na wysokim miejscu.

Jedynym minusem w całym moim czytaniu Marininy jest to, że poszczególne książki serii czytam nie po kolei, chaos, pomieszanie z poplątaniem. Trochę czasem ciężko- przy takiej ilości pozycji, wątków, osób- ogarnąć o co chodzi. Ale jakoś daję radę. I chyba idąc za ciosem przeczytam kolejne trzy książki, nieco starsze, ale wcześniej na nie nie trafiłam. Wtedy będę na bieżąco, zostaną mi tylko te nie przetłumaczone. Co prawda na upartego mogłabym je przeczytać po rosyjsku, ale z czasów liceum, kiedy to miałam bardzo ambitną i wymagającą nauczycielkę rosyjskiego, został mi lekki uraz- po przeczytaniu w oryginale „Eugeniusza Oniegina” (włącznie z nauczeniem się na pamięć fragmentu) i „Opowieści o prawdziwym człowieku”- brrrr. Chyba poczekam na polskie wydanie

Rolnicy. Podlasie

Telewizji oglądałam nie za wiele, kilka ulubionych programów typu „Twoja twarz brzmi znajomo”, skoki narciarskie, czasem jakiś film albo kabarety. Bywały tygodnie, że nie włączałam telewizora nawet na moment. Ostatnio to się nieco zmieniło. W weekendy kiedy wolnego czasu jest nieco więcej (skoro nadal nie dyżuruję, a pogoda nie sprzyja innym aktywnościom) oglądamy sobie różne programy. Podczas ostatniej wizyty u moich rodziców mama i szwagier z entuzjazmem opowiadali o serialu „Rolnicy. Podlasie”. Potem okazało się, że i teściowa to ogląda. Postanowiłam zobaczyć co to jest. I się wciągnęłam. Wracam na wieś mojego dzieciństwa. Widzę te błotniste podwórka, pełne kaczek, gęsi, kur. Drewniane domy ustawione szeregiem przy ulicy biegnącej środkiem wsi. Słyszę śpiewną mowę, to słynne podlaskie zaciąganie pełne charakterystycznych zwrotów i rusycyzmów. Są też i bardzo nowocześni rolnicy, gospodarujący z rozmachem. Okolice tam pokazane nie są co prawda ściśle moimi terenami, ale moja rodzinna wieś wyglądała bardzo podobnie. Może to tylko lokalny patriotyzm, może w innych regionach kraju wieś jest taka sama, ale chcę wierzyć, że ta „moja” jest wyjątkowa. Bo moja. Wspominana z sentymentem, bo choć rodzice nie mieli gospodarstwa, to znam smak pracy na wsi, wakacje spędzane u babci, sianokosy, żniwa, pielenie, zbieranie truskawek, wykopki, dojenie krów (nie, tego mimo najszczerszych chęci się nie nauczyłam). I choć teraz jestem z miasta, to tęsknię do wsi. Dobrze, że to moje miasteczko to prawie jak większa wieś. Dobrze mi na prowincji, chyba nie umiałabym sie odnaleźć w dużym mieście.

A gdzie to można obejrzeć? Na programie Fokus. TV lub Ipla. Polecam